wtorek, 4 lutego 2014

Rok 2013, część 1 - Grecja

Ten blog miał wystartować 1 stycznia, ale za sprawą ciągłej prokrastynacji musiał jeszcze chwilę poczekać, tym niemniej już jest. A skoro już jest, to na początku chyba wypada się przedstawić: jesteśmy Justyna, Michał, Julka i Nastka, lubimy odwiedzać różne bliższe i dalsze miejsca, a także po prostu uciekać od schematycznego życia rodziny z dziećmi. 



Pierwsze wpisy będą o roku minionym. Spędziliśmy w nim w sumie jakieś 2 miesiące za granicą, co jest wynikiem dość dobrym, który i tak planujemy pobić w 2014. Na przełomie kwietnia i maja, korzystając z długiego weekendu, pojechaliśmy samochodem do Grecji, rok wcześniej byliśmy tam w Neo Pori, tym razem chcieliśmy dotrzeć znacznie dalej na południe. Po 2 dniach podróży przez Słowację, Węgry, Serbię i Macedonię dojechaliśmy, zaczynając znów od Neo Pori. Potem trafiliśmy do Meteor, skąd pojechaliśmy na południe, do Delf. Zwiedziliśmy to przepiękne miasteczko oraz jego okolice, w tym muzeum, a nocowaliśmy w bardzo przyjemnym małym hoteliku z widokiem na zatokę. Coś pięknego. 




Po kilku dniach trafiliśmy do Aten i tutaj mieliśmy pecha. Był 1 maja i przy Akropolu "pocałowaliśmy klamkę", dowiedzieliśmy się, że wszystkie inne muzea także są zamknięte z okazji święta, więc jechaliśmy dalej. W końcu dojechaliśmy do Nafplio, które totalnie nas oczarowało, zwiedziliśmy pobliskie Mykeny, a po kilku kolejnych dniach wróciliśmy do Polski, po drodze wreszcie oczywiście trafiając na otwarty już Akropol. 



Co można powiedzieć o Grecji z perspektywy 10-dniowej wizyty ? Przede wszystkim nie widać szczególnie kryzysu. Owszem, w sklepach są wywieszki informujące, że jeśli kasjer nie wyda paragonu, to kupujący nie ma obowiązku płacić za zakupy, ale patrząc na nagromadzenie samochodów drogich marek, znacznie większe niż w Polsce, trudno dostrzec to, o czym trąbią media, choć trzeba uczciwie przyznać, że wszędzie jest duża ilość pustych lokali i domów na sprzedaż/wynajem, zaś jeśli już mówimy o domach, to na wsiach nagminne jest budowanie piętrowego, mieszkanie na parterze i pozostawienie niedobudowanego piętra, by nie płacić podatku (bo przecież dom jest nadal w budowie). 


Poza tym jak zwykle- wspaniałe jedzenie. Można zapisać całe strony na przykład o tym, jak smakują tam oliwki, ale moim numerem jeden są souvlaki, szaszłyki z baraniny w bułce, z dodatkiem frytek z oregano (też włożonych do bułki). Najlepsze do tej pory jadłem w przydrożnej kantinie na kółkach, 50 metrów za punktem poboru opłat na autostradzie z Salonik w stronę Larisy. Od właściciela kantiny nasze córki dostały po puszce napoju gratis, za to że są takie ładne. 

I chyba nie ma nic dziwnego w tym, że już nie możemy się wszyscy doczekać, kiedy znów pojedziemy do Hellady.

1 komentarz: