wtorek, 11 lutego 2014

Rok 2013, część 2 - Izrael

Ponieważ dzikim fartem udało nam się kupić bardzo tanie bilety z Katowic do Tel Aviv i wracamy do Izraela na początku kwietnia, pomyślałem że lekko zaburzę chronologię naszych wyjazdów i napiszę teraz o tym, co robiliśmy w listopadzie.

Pod koniec października zdecydowaliśmy się na wypad na kilka dni do Izraela, Wizzair miał akurat dość dobrą cenę biletów (1362 zł w obie strony za 4 osoby), więc zdecydowaliśmy się na Eilat, miasto położone na "samym końcu" Izraela, na południu nad morzem Czerwonym. Wycieczka miała być naprawdę krótka, bo zaledwie 5-dniowa, ale zaplanowaliśmy sobie intensywne wypoczywanie, co udało się nam zrealizować w 100 procentach.

W samolocie dosłownie całą drogę przegadałem z Urim, Żydem, który za młodu mieszkał w Polsce, ale wyjechał wraz z rodziną w 1968 roku, a teraz zajmuje się sprzedażą systemów bezpieczeństwa dla banków ("Najlepsze na świecie, Mossad dopiero co pozwolił nam je eksportować!"), dowiedziałem się od niego, że w Izraelu wszystko jest najlepsze na świecie, że Żydzi naprawdę rządzą światem i stoją za wszystkim, tak jak na obrazku poniżej.



Na Ben Gurionie byliśmy o 18:00, już po zmroku. Przy kontroli granicznej nie wiedziałem czego się spodziewać, bo internetowe opisy przeżyć na przejściach granicznych z Izraelem są przeróżne, ale wystarczyło "Erev tov" przy "okienku" i chwila rozmowy, żeby na poważnej twarzy funkcjonariusza w jarmułce pojawił się grymas, który jak na jego standardy pewnie był promiennym uśmiechem. Potem mieliśmy problem z wypożyczeniem samochodu, okazało się, że muszą zablokować 800 euro kaucji, a tyle nie miałem na kredytówce, na szczęście Justyna miała na koncie, więc około 20:00 wyjechaliśmy z Tel Aviv, nie bez problemów, bo google maps na iPadzie przez dłuższą chwilę szwankował. Do Eilat mieliśmy spory kawałek, więc dojechaliśmy po północy, kiedy byłem już tak zmarnowany, że przez ostatnie 30 km Justyna musiała co chwilę krzyczeć, bo zjeżdżałem na pobocze... 

Następnego dnia zaczęliśmy od plaży, w zasadzie spędziliśmy na niej niemal cały dzień, mogąc obserwować samoloty przelatujące 50 metrów nad naszymi głowami, by wylądować na lotnisku położonym 250 metrów od plaży. 


Tego dnia w zasadzie nie robiliśmy nic innego, a Justyna już cieszyła się na wizytę w Petrze, w Jordanii, która była dosłownie na wyciągnięcie ręki.


W sklepie kupiliśmy lokalne przysmaki: oliwki (chyba nawet lepsze niż w Chorwacji), ostre papryczki, hummus, a także chleb po 8 zł i piwa izraelskie po 7 za puszkę, które okazały się niezbyt dobre w smaku. Hummusem i lokalnymi warzywami żywiliśmy się niemal przez cały wyjazd, z przerwami na shoarmę z baraniną (oczywiście koszerną). Szukając wina na sklepowej półce udało się nam także kupić butelkę... soku z winogron, niestety niefermentowanego. Trzeba było się uczyć języków :)

Następnego dnia pojechaliśmy oglądać delfiny z Dolphins Reef. Mimo że mają tam niewielką plażę, a delfinów tylko kilka, pokazy z ich udziałem były bardzo fajne. Zwierzęta przepływały tuż pod pomostami, na których staliśmy, kilka osób miało szczęście i udało im się pogłaskać zwierzaka, niestety wśród szczęściarzy nie było naszych dziewczyn. Julka, która wcześniej bardzo chciała popływać z delfinami, troszkę przestraszyła się pomysłu założenia akwalungu, więc ostatecznie zostaliśmy na brzegu.




Następnego dnia Justyna pojechała do Petry, o czym mam nadzieję niebawem napisze, bo to samo w sobie jest tematem na długi wpis, a i świetnych zdjęć ma bardzo dużo. My z dziewczynkami bo obowiązkowej wizycie nad morzem stwierdziliśmy, że jedziemy do obserwatorium podwodnego. Zabawiliśmy tam tak długo, że gdy pojechaliśmy na pustynię Negev, na przejażdżkę wielbłądami i do parku rozrywki, udało się nam pobawić tylko chwilę, bowiem był piątek i zbliżał się zachód słońca. Spodziewałem się, że do szabatu Żydzi podchodzą z taką samą atencją, jak my do niedzieli, okazało się jednak, że jeszcze przed zachodem słońca ulice po prostu opustoszały, tam gdzie kilka godzin wcześniej przechodziły tłumy mieszkańców, gdzie samochody jeździły jeden za drugim, teraz można było zobaczyć jedynie garść arabów, a otwarty pozostał jedynie sklep rosyjski, z towarami pochodzącymi wyłącznie stamtąd.



W sobotni poranek wyjechaliśmy z Eilat i po kilku godzinach jazdy przez piękne pustynne krajobrazy dojechaliśmy nad Morze Martwe, które było naszym ostatnim przystankiem przed powrotem do Polski. 




Czasu zabrakło nam między innymi na zwiedzenie twierdzy Masada, słynnego punktu oporu z powstania Żydów przeciw Rzymianom i jednego z miejsc (obok Ściany Płaczu), w którym składają ślubowanie żołnierze izraelscy. Przejechaliśmy jedynie obok niej w drodze do Tel Aviv. Spieszyliśmy się bardzo, by nie spóźnić się na check-in, ale okazało się, że za sprawą godzinnej różnicy czasu między Polską a Izraelem mieliśmy jeszcze chwilę by spokojnie zjeść coś przed odlotem.



Co najlepiej zapamiętałem z Izraela ? Świetne jedzenie, piękne krajobrazy, ale przede wszystkim bardzo sympatycznych i otwartych ludzi. A także kilka osób które słysząc język polski podchodziły do nas, by chwilę porozmawiać, szczególnie staruszka na plaży, który spytał czy byliśmy w niewielkiej miejscowości pod Poznaniem (niestety nie pamiętam jej nazwy), w której się urodził i czy możemy mu opowiedzieć jak ona dzisiaj wygląda. Po chwili rozmowy opowiedział, że stracił rodziców w Auschwitz, a on sam uratował się cudem...



W sumie na 5-dniowy wyjazd wydaliśmy: niemal 1400 zł na bilety lotnicze, 1200 na hotel, 600 na samochód  i benzynę i około 1800 na różne wydatki. Jak na miejsce w którym byliśmy, to trzeba przyznać, że była to naprawdę podróż low cost.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz