czwartek, 27 marca 2014

Jordania, Petra - spełnione marzenie

O istnieniu Petry dowiedziałam się jakieś 10 lat temu, jeszcze na studiach. Gdy zobaczyłam pierwszy slajd z tego miejsca od razu zrodziło się marzenie, aby tam kiedyś dotrzeć.


Wydawało mi się to tak odległe miejsce, że marzenie siedziało tylko sobie gdzieś z tyłu mojej głowy, a ja nawet nie mówiłam o nim głośno. Kiedyś w trójce usłyszałam reportaż  z podróży do Petry, o tym jakie trzeba pokonać trudności, żeby się tam w ogóle dostać. Po jego odsłuchaniu moje marzenie stało się jeszcze bardziej nieśmiałe. 


A jednak! Zupełnie bez planów, walki i upartego dążenia do celu znalazłam się w PETRZE. Spontaniczny i nisko budżetowy rodzinny wyjazd do Izraela, sprawił, że byłam od miasta w skale w odległości tylko o 160 km. Co prawda pokonanie granicy izraelsko-jordańskiej wymagało dużej cierpliwości, ale 4-godzinne oczekiwanie umilali mi uczestnicy amerykańskiej wycieczki, do której dołączyłam. Np. jeden z Amerykanów twierdził, ze po pierwszym spojrzeniu na Rosjanina jest on w stanie stwierdzić czy jest on agentem KGB (Rosjan na granicy nie brakowało). Po przekroczeniu granicy zajął się nami Jordańczyk Ramzej, który miał nas dowieść do Petry. Oczywiście nie spieszyło mu się, więc po drodze odwiedziliśmy jeszcze kilka sklepów z pamiątkami, prowadzonych przez jego znajomych oraz pojechaliśmy na obfity lunch. Dowiedziałam się, że Jordańczycy kochają zapach pieniędzy. Mają też bardzo prostą politykę walutową. 1 dinar to 1 dolar, 1 dinar to jedno euro. Najbardziej podobało mi się to jak płaciłam w dolarach, a resztę otrzymywałam w euro ;) I tak po pewnym czasie dotarłam do Petry - uczucie spełnionego marzenie, wymieszane z nieodpartym urokiem miejsca - bezcenne.




Powrót z Petry  z kolei był pełen stresu, czy zdążymy dojechać do granicy, którą zamykają o 20.:00 Moi amerykańscy przyjaciele byli zdegustowani tym, że kierowca jedzie rupieciem 180 km na godzinę, w sensie, że za szybko ;). W razie spóźnienia na miejsce Ramzej zaproponował, że będziemy spali u niego - kobiety w pokoju  z jego trzema żonami, a mężczyźni z nim i synami. Padła oczywiście również propozycja zostania na stałe w Jordanii. Ponoć jordańskie władze udzielają solidnych dotacji tym, którzy w ich kraju otworzą firmę i zatrudnią min. 10 osób. Ja wolałam jednak wrócić do Izraela i noc spędzić z Michałem i dziewczynkami, którzy do Petry ze mną nie pojechali ze względu na koszty, ok. 200 dolarów od osoby za jednodniową wycieczkę. Udało się, na szczęście parę minut przed 20 byliśmy na granicy.





























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz