czwartek, 20 marca 2014

O szczęściu i nieszczęściu w podróży.


Czasami zachowujemy się jak ignoranci, byle do przodu, nie czytając o miejscu gdzie jedziemy, nie sprawdzamy co się w tym czasie może zdarzyć, nie rezerwujemy noclegów, nie bierzemy map.
Często mówimy, „ale mieliśmy szczęście…”, a czasem spotyka nas pech.
I tak, będąc w Grecji przypadkowo trafiliśmy na prawosławny Wielki Tydzień i w dodatku w mieście, do którego Grecy lubią  sobie na święta przyjechać – miłe to, to że dzięki temu na rynku każdego dnia były ciekawe eventy, nie miłe to to, że w tym okresie ceny hoteli idą strasznie w górę i zdziwiliśmy się, że noc wcześniej spędziliśmy w  innym mieście za 35 euro za naszą czwórkę, a w Nafplio prawie wszędzie chcieli powyżej 100 euro – oczywiście udało nam się znaleźć coś taniej, ale chyba zapukaliśmy do każdych drzwi. W Grecji też pojechaliśmy zwiedzać akropol - 1 maja - obeszliśmy się smakiem bo jest to jeden z paru dni w roku kiedy muzeum jest zamknięte.



W Wiedniu przypadkowo trafiliśmy na święto austriackiego wina  i to było szczęście J. Degustacji było co niemiara, do tego koncerty, atmosfera święta i zabawy. Gorzej było następnego dnia – nie, nie z powodu bólu głowy -  okazało się, że jest maraton i większość ulic była zamknięta i ciężko nam się było dostać do miejsca, które chcieliśmy odwiedzić, ale na mecie/starcie maratonu było bardzo dużo atrakcji dla dzieci i nasze dziewczyny były tym zachwycone.




W Monachium natomiast trafiliśmy na Paradę Równości, mi (Justynie) zdarzyło to się już drugi raz, bo podobna sytuację miałam w Londynie. Dziewczynkom  bardzo się podobało, szczególnie to, że z kolorowego korowodu leciały prosto na nie stosy cukierków i … prezerwatyw ;).



Do Brukseli jechaliśmy głównie na życzenie Julki, która marzyła o tym aby w fabryce czekolady zrobić swoją własną tabliczkę tego przysmaku. Kiedy pod nie podeszliśmy na drzwiach przywitała nas kartka, że muzeum nie czynne do 17 stycznia – my wyjeżdżaliśmy 15 ;(



Rumunia była krainą tragicznych historii, na szczęście z dobrym zakończeniem. Najpierw podczas nocy spędzanej w samochodzie Michał przez sen kopnął w GPS, który pękł i przestał działać. Mapy oczywiście nie mieliśmy więc błądziliśmy po różnych cygańskich dzielnicach w Craiova. Pytać o drogę próbowaliśmy w różnych językach po polsku, po angielsku, po rosyjsku, po francusku i nic. Całe szczęście włoski nas uratował J.


Jakoś udało się dojechać do przejścia granicznego z Bułgarią, oczywiście nie takiego zwykłego tylko musieliśmy przebić się promem przez Dunaj na trasie Calafat - Vidin. Do najbliższego promu mieliśmy ze trzy godziny więc postanowiliśmy je spędzić z dziećmi na placu zabaw. My się bawiłyśmy, a Michał sprzątał samochód.  Rozbawieni i zrelaksowani wsiadamy do samochodu, a tu nie ma kluczyka. Kolejna godzinę spędziliśmy na szukaniu go. Znalazł się! W ulicznym śmietniku ;) I to nie był pierwszy raz kiedy Michał wyrzucił kluczyk do śmietnika.




Wydostanie się z Rumuni okazało się dłuższe niż myśleliśmy, bo aby pozwolono nam wjechać na prom nie wystarczyła jedna opłata, a jeszcze parę nieoficjalnych. Najpierw zapłaciliśmy 9 euro przy bramie do portu. Myśleliśmy, że to cała opłata i szczęśliwi po pewnym czasie chcieliśmy wjechać na prom, jednak okazało się, że tamte pieniądze to koszt...wjazdu na teren portu. Za prom zapłaciliśmy ok. 55 euro, a po bułgarskiej stronie miła celniczka zażądała kolejnych 40 euro, po czym okazało się, że własnie kupiliśmy nieobowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne na czas tranzytu przez Bułgarię. W chwilę potem jej kolega celnik kazał mi otworzyć bagażnik, po czym uśmiechnął się i spytał: "wyjmujemy bagaże?". Poziom wnerwa jednak wtedy był taki, że zaczęliśmy po prostu opróżniać bagażnik i celnik widząc, że nie wymusi na nas łapówki, poszedł do swojej budki.


Przeprawa, która miała być tańsza niż koszt paliwa do mostu w Ruse okazała się 3 razy droższa. Usłyszeliśmy też historię od polskiego "tirowca", z którym czekaliśmy na prom - teoretycznie przeprawa kursuje tylko w dzień, jednak Rumuni pływają promem i w nocy, ku uciesze bułgarskich pograniczników. Kiedy bowiem z promu zjeżdża jakiś samochód o zagranicznych blachach, proponowana jest pasażerom łapówka w wysokości 100 euro za osobę, albo odpowiedzialność karna za nielegalne przekroczenie granicy, bo przecież prom nocą nie kursuje...



A z Bornholmu kiedyś wracaliśmy bez jednej szyby w samochodzie.


Oczywiście nie obyło się też bez natknięcia na strajk "włoski". Mimo, że we Włoszech, a dokładnie w Pizie nie charakteryzował się on nadgorliwą pracą, a zupełnym nie pracowaniem. I O.K., ja wszystko rozumiem, tylko dlaczego akurat strajkowali kierowcy autobusów w dniu kiedy chcieliśmy  z Pizy pojechać nad morze? Próbowaliśmy też, na plażę dostać się piechotą, przez park krajobrazowy, ale oczywiście wtedy kiedy się wybraliśmy na tą przechadzkę był zamknięty. Michał i dziewczynki po tych przygodach odpuścili sobie wizytę w Marinie, ja jednak dopięłam swego i po zakończeniu strajku udało mi się dojechać na wybrzeże dokładnie na zachód słońca :)




A już niedługo lecimy do Izraela i okazuje się, że trafimy na Pesach, czyli jedno z głównych świąt żydowskich. Już nie możemy się doczekać!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz