środa, 5 marca 2014

Styczeń w Brukseli

Dawno nic nie pisałem. Trochę dała mi w kość praca i inne obowiązki, a część ubiegłego tygodnia spędziłem głównie czytając o tym, co dzieje się na Ukrainie i żałując, że w ubiegłym roku nie pojechaliśmy na Krym, tak jak planowaliśmy... Teraz nie wiadomo, kiedy znów będzie można tam bezpiecznie wypoczywać, bez  towarzystwa "lokalnej samoobrony", przerzuconej z rosyjskich garnizonów.


Ale skoro już piszę, to może coś o wyjeździe sprzed niecałych dwóch miesięcy.
Wszystko zaczęło się jak zwykle, czyli od impulsu w postaci tanich biletów. I pisząc tanich, mam na myśli naprawdę bardzo tanich, bo po 19 złotych za osobę w jedną stronę, na trasie Warszawa Modlin - Bruksela Charleroi i z powrotem. Trafiłem na nie fartem, chyba wchodząc na stronę Ryanair dokładnie wtedy, gdy się pojawiły, już w kilka minut później najtańsze kosztowały około stówki, więc nie byłem jedynym, który rzucił się na promocję.

Na miejscu byliśmy od 12 do 16 stycznia, krótko, ale w sam raz żeby zobaczyć niemal wszystko co najważniejsze do zobaczenia w Brukseli i poczuć atmosferę miasta. Mieszkaliśmy w apartamencie znalezionym przez booking.com, z samym wynajęciem nie spieszyliśmy się, bo korzystając z tego serwisu warto najpierw kilka razy sprawdzić oferty dla danego miasta (oczywiście będąc zalogowanym), żeby potem otrzymywać na maila informacje o różnych okazjach. Właśnie dzięki takiej okazji trafiliśmy na świetny Apartament Grand Place za ok. 50 euro za noc, w samym centrum miasta. Niestety nie kupiliśmy biletów na autokar (shuttle) z Charleroi do Brukseli i z powrotem, kiedy bilety były najtańsze (5 euro za osobę w jedną stronę), zamiast tego pojechaliśmy pociągiem za około 60 euro (dzieci za darmo). Wysiedliśmy na stacji Brussel Centraal, skąd do wynajętego apartamentu mieliśmy 5 minut wolnym spacerkiem.


O Brukseli często przeczytać można, że nie ma tam nic ciekawego do zobaczenia. Żeby napisać taką bzdurę trzeba chyba chodzić po niej z zamkniętymi oczami, bo centrum miasta jest przepiękne, o ciekawe miejsca są dosłownie o kilka kroków od siebie. 

Wystarczyło przejść niecały kilometr, żeby po drodze zobaczyć katedrę św. Michała i św. Guduli, Pasaż św. Huberta z wystawami pełnymi czekolady, czy rynek miejski - Wielki Plac ze wspaniałym gotyckim ratuszem.





Atrakcją dla naszych córek miała być wyprawa do Muzeum Czekolady, niestety na jego stronie internetowej nie było nawet jednego słowa o tym, że muzeum będzie nieczynne, więc pocałowaliśmy klamkę, ku rozpaczy Julii i Anastazji. Na otarcie łez poszliśmy na naleśniki z czekoladą, wafle oraz gorącą czekoladę. I co do tej ostatniej, to zdecydowanie lepszą piłem... w Lublinie, w restauracji 7 Życzeń :)


Po obejrzeniu Manneken Pis, czyli sikającego chłopca, który okazał się jakieś 4 razy mniejszy, niż w moich wyobrażeniach, poszliśmy dalej. Szukając miejsca, w którym moglibyśmy zjeść pommes frittes z majonezem, trafiliśmy do Fritland, przy Rue Henri Maus 49, w którym okazało się, że kiedy trzeba dogadać się z kimś, kto mówi bardzo szybko, mój francuski jest do niczego i chyba trzeba będzie go odświeżyć. W każdym razie we Fritland zajadaliśmy się Mitrailettes, kanapkami z kotletem i frytkami, w cenie 4,7 eur, za które to pieniądze dwie osoby najadają się bez problemu, bo kanapki są ogromne.

Niemal cały dzień spędziliśmy w Królewskim Muzeum Armii i Historii Wojskowości. Dziewczyny głównie siedziały w tamtejszej restauracji, podczas gdy ja oglądałem m.in. kilkadziesiąt samolotów z ostatnich 100 lat.


Kolejny dzień to znów zwiedzanie miejsc położonych w odległości 2-3 km od wynajętego przez nas apartamentu: Parlamentu Europejskiego oraz Muzeum Historii Naturalnej. Szczególnie warto polecić to drugie, ze względu na ogromne i bardzo ciekawe wystawy dotyczące ekologii w mieście oraz dinozaurów. Julka i Nastka były podjarane prawie tak bardzo jak ja dzień wcześniej, biegając między samolotami, czołgami, pałaszami i sztandarami wojskowymi.



Brukselską starówkę przeszliśmy wzdłuż i wszerz chyba ze sto razy i wciąż było nam mało. Piliśmy belgijskie piwo i francuskie wino, a na koniec zrobiliśmy zakupy czekoladowych souvenirów dla rodziny w Polsce i bladym świtem poszliśmy na dworze Centraal, by wrócić do Charleroi i polecieć do Modlina.


Wcześniej umówiłem się z Justyną, że tym razem nie zaśnie w samolocie i zajmie się dziewczynami, żeby po mnie obie nie skakały i żebym mógł poczytać coś w samolocie. Wszystko na nic - jak zwykle 10 minut po starcie moja ukochana już spała. :)))

Nasze wydatki:
przejazd do Modlina i z powrotem plus parking: 200 zł
samolot (Ryanair): 152 zł 
podróż Charleroi - Bruksela - Charleroi: 250 zł
apartament: 850 zł
wydatki na miejscu: ok 1300 zł

W sumie: ok 2800 zł

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz