piątek, 25 kwietnia 2014

Bogaty Kraj biednych ludzi, część 1.

Kiedy lądowaliśmy na lotnisku Alijewa (wieczny prezydent, coś jak Kim Ir Sen, naprawdę wszechobecny w Azerbejdżanie), pierwsza rzecz jaką zobaczyliśmy to piękne budynki, podświetlone w sposób uwydatniający ich urodę. Kierowca z zabookowanego przez nas pensjonatu odebrał nas spod terminala zarąbistą białą kią, ponieważ była dopiero 5.00 nad ranem lokalnego czasu, a nasz aparatment miał być gotowy w południe, zawiózł na kilka godzin do "służbowego" mieszkania, gdzie od razu zasnęliśmy.

Po przeniesieniu się we właściwe miejsce, poszliśmy oglądać najbliższą okolicę. I trzeba powiedzieć, że centrum Baku robi ogromne wrażenie, na każdym kroku widać bogactwo, niemal ocierające się o przepych i schludność, o którą dba tłum ludzi bez przerwy czyszczący wszystko, co da się wyczyścić. A przy tych ślicznych ulicach znajdują się drogie restauracje i butiki najlepszych marek, z cenami wyższymi niż w Polsce. O tym jak mają się te ceny do zarobków w kraju, bogatym dzięki złożom ropy, mieliśmy się dopiero dowiedzieć...




Nad Baku, miastem pełnym wieżowców wzniesionych w ostatnich latach za petrodolary, góruje wysoki maszt, na którym powiewa flaga. Widok podobny do tego, jaki widzieliśmy kilka dni wcześniej w Eilat, nad Morzem Czerwonym.


Oglądanie stolicy znudziło się nam bardzo szybko. Fontanny i marmury są piękne, ale nijakie, jeżeli to miasto miało niegdyś jakiś charakter, to już dawno zrównano go z ziemią, by wznosić to, co jest zgodne z estetyką prezydenta Alijewa, syna tamtego Alijewa od lotniska i od bycia wszędzie.

Pierwszy punkt naszego planu na Azerbejdżan, rezerwat Gobustan leżący 50 km na południe od Baku, odwiedziliśmy marszrutką za cenę 2,4 manata za wszystkich nas (1 manat to ok. 1 euro). Wysiadając z busika musieliśmy odpędzić masę natrętnych taksówkarzy, po czym poszliśmy na piechotę w stronę rezerwatu. Tutaj nie było już niestety tak pięknie. 



Bieda wyglądała na nas z każdego kąta, uwidaczniała się w każdym mijanym domu i w niemal każdym mijającym nas samochodzie, już nie marki Infinity, czy Jaguar, ale raczej Łada, Gaz, oraz Wołga.



Szło obok nas kilku chłopaczków, którzy co chwila gdzieś dzwonili. Po niedługim czasie okazało się do kogo i po co, bo dwóch chwackich miejscowych dżokejów najpierw urządziło nam pokaz jazdy konnej w wersji z siodłem oraz na oklep, a potem dłuuuugo woziło nasze dziewczyny. 



Dostali za to 5 manatów i byli bardzo zadowoleni. W tym samym czasie zatrzymał się koło nas samochód prowadzony przez ochroniarza z muzeum, który zaoferował, że pokaże nam atrakcje Gobustanu i że wejdziemy do rezerwatu, chociaż zaraz go zamykają. Nie mogliśmy powiedzieć nie. Najpierw pojechaliśmy do błotnych wulkanów, które okazały się nieco mniej spektakularne niż się spodziewaliśmy, ale o których od Rafaela, naszego kierowcy i przewodnika, dowiedzieliśmy się, że zawierają sporo ropy naftowej.




Potem ruszyliśmy obejrzeć rysunki naskalne, datowane na ponad 12 tysięcy lat. Faktycznie gdyby nie Rafael pocałowalibyśmy klamkę (albo i nie, wszak łapówką można tu ponoć wszystko), a tak powiedział on kilka słów do kolegi przy szlabanie, który momentalnie się uniósł. Potem tylko cierpliwie poczekaliśmy aż przez drogę przejdzie stado kóz i owiec i mogliśmy oglądać.



Skończyliśmy oglądanie, trzeba było zapłacić. Rafael chciał od nas 30 manatów, w końcu zgodziliśmy się na 25 (taksówkarze chcieli 40-50, a musielibyśmy dopłacić 4,40 za bilety do rezerwatu) i już mieliśmy łapać marszrutkę  powrotem do Baku, kiedy spytaliśmy, czy zna w pobliżu dobry bar. Oczywiście znał i zaoferował, że nas zawiezie, a kiedy byliśmy już na miejscu przyjął zaproszenie i zjadł z nami kolację: krwistą wołowinę z rusztu oraz rybę, do tego warzywa, chleb, czaj i colę dla dziewczyn. Było przepysznie, choć całkiem drogo, bo 20 manatów to na pewno zawyżona "turystyczna" cena, ale zapłaciliśmy. 


Podczas kolacji Rafael długo opowiadał nam o sobie, swojej rodzinie i Azerbejdżanie. Pracując jako ochroniarz zarabia miesięcznie 300 manatów, mając pensję wyższą niż urzędnicy, czy nauczyciele na prowincji, którzy zarabiają 150 - 200 manatów. Lepsze zarobki są w państwowym przedsiębiorstwie 
naftowym, ale tam żeby się dostać trzeba zapłacić łapówkę, co najmniej 800 manatów. W policji azerskiej zarobić można oficjalnie 500 manatów, a nieoficjalnie ponad drugie tyle, ale żeby dostać "blachę", konieczne jest zapłacenie co najmniej 5000 manatów łapówki. Pod względem łapówek Azerbejdżan znajduje się w światowej czołówce, jeśli nawet nie jest na pierwszym miejscu. Bez pieniędzy nie da się tutaj załatwić niczego urzędowego, pieniądze mogą ocalić przestępcę od wyroku, kupić dyplom wyższej uczelni...

Lekarze kończący azerskie szkoły medyczne mają tak niskie kwalifikacje, że kto tylko może, jedzie do medyków irańskich, w czym pomaga brak wiz między tymi krajami. Z kolei aby kupić tani samochód Azerowie jeżdżą do sąsiedniej Gruzji, na czym oszczędzają 1/3 ceny auta. Po zakupy najbardziej opłaca się pojechać do Rosji, choć z tego korzystają przede wszystkim mieszkańcy pogranicza.

Około 21.00, kiedy zaczął zapadać zmrok, stanęliśmy na przystanku czekając na busika do Baku. Szybko zauważyliśmy że stoi tam para europejsko wyglądających rowerzystów, którymi okazali się Kira i Stefan, Niemcy jadący rowerami szlakiem jedwabnym, zrobili już 3200 km, a planują zakończyć w Niemczech za 2 miesiące. Kończąc na teraz relację z Azerbejdżanu, zachęcamy do odwiedzenia ich bloga: Silk Trails

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz