środa, 9 kwietnia 2014

Izrael, początek.

Tego wyjazdu naprawdę nie mogliśmy się doczekać. Zaglądanie na stronę Wizza, żeby sprawdzić ile dni jeszcze pozostało do wylotu, stało się rodzinną, codzienną tradycją, a najbardziej niecierpliwi byliśmy gdy do rozpoczęcia podróży zostały zaledwie godziny.



W końcu ruszyliśmy. 4 godziny jazdy i byliśmy już w Pyrzowicach, z jedną tylko przygodą po drodze, bo na stacji Orlen w Złotej Wodzie zaserwowano mi hot doga...z martwą myszą :) Niestety nie zrobiłem zdjęcia, choć ogromnie tego żałuję, Justyna wyrzuciła przez okno hot doga (hot mouse'a?), jak tylko zobaczyła futerko i ogon. Od wczoraj zatem nie jemy na stacjach benzynowych, a moja kochana żona stwierdziła, że zostaje wegetarianką.

W Tel Awiwie wylądowaliśmy o 20:30 lokalnego czasu i od razu trafiliśmy na ogromną kolejkę do kontroli paszportowej, ilość osób podróżujących do Izraela w porównaniu z tym, co widzieliśmy w listopadzie, jest kilkadziesiąt razy większa, oczywiście z powodu zbliżających się świąt, chrześcijańskiej Wielkiej Nocy i żydowskiego Pesach. Półtorej godziny w kolejce przegadaliśmy z dziewczynami z UJ, które przyjechały zwiedzać Izrael stopem. Trochę mnie wzięła zazdrość, bo "okazją" jechałem ostatni raz jakieś 10 lat temu, a za granicę to jeszcze wcześniej.

Potem trafiła się nam przyjemna niespodzianka, chyba jako rekompensata od losu za myszę. W wypożyczalni samochodowej nie było już samochodów w typie zamówionym przez nas (mini), więc dostaliśmy darmowy upgrade i zamiast Hyundaiem Atosem, wyjechaliśmy Mazdą 3 sedan, szczęśliwi, że ogromny bagażnik pozwoli nam...na wygodny sen na pustyni, co planujemy za kilka dni. 

Rano, gdy się obudziłem, Justyny już nie było. Poszła kręcić hula hop na plaży (żeby móc je zebrać ze sobą kupiła specjalne, rozkładane), kiedy wróciła, stwierdziliśmy że trzeba zjeść coś na śniadanie i zgodnie z regułami sztuki, omijając wszelkie sklepy, ruszyliśmy na nieodległy suk HaCarmel, przy okazji oglądając kawałek Tel Awiwu.


Na suku dokładnie tak, jak się spodziewaliśmy, ogrom ludzi, hałasów i zapachów. Te ostatnie na szczęście bardziej od świeżych owoców, niż ryb, więc dało się przeżyć. 



W niewielkim lokalnym kantorze wymieniliśmy dolary na szekle po dość dobrej cenie (3,49 ILS za $) i rzuciliśmy się na zakupy. Ceny na suku oczywiście są niższe niż w marketach, mimo wszystko jednak jest drogo. W ciągu 20 minut zostawiliśmy u sprzedawców 155 szekli, kupując: oliwki, ostre papryczki, colę, hummus, krem z orzechów, 2 bułki, 4 placki, 4 jogurty, pomidory i pyszne, słodkie truskawki.


Moim przysmakiem od ostatniego pobytu w Izraelu są placki. Tłuste od oliwy z oliwek i obficie posypane sezamem, pieprzem, papryką i pewnie jeszcze innymi przyprawami, których nie jestem w stanie zidentyfikować. Do nich wystarczy mi tylko odrobina świeżych warzyw i jestem w siódmym niebie, bez żadnych restauracji i tak dalej. A do tego kosztują tylko 4 szekle za sztukę i wystarczą 2, by się najeść do syta.


Teraz lecę do moich dziewczyn, na plażę którą mamy 20 metrów od hotelu, a potem ruszamy w miasto. PS. sorry za jakość zdjęć, są z iPada i mojego telefonu, te z lustrzanki wrzócimy chyba dopiero po powrocie do domu, jak się je przebierze i obrobi.



4 komentarze:

  1. Niby nie hulam, ale już pozazdrościłam Justynie takiego poranku na plaży. :-) Niecierpliwie teraz czekam na wpis z nocowania na pustyni!

    ...mam ochotę pożreć to ostatnie zdjęcie....

    OdpowiedzUsuń
  2. hulanie na plaży jest super i były też hulające koleżanki :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wstawka z hulaniem totalnie mnie urzekła jako panią prowadzącą hahaha ale hot dog z myszą aby tak umknął bez zdjęcia!!! Michał!!! :) niezły syf! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Od wpisu minęło trochę czasu, a Justyna wciąż nie je mięsa ... bleeee :D ale te ulubione placki Michała suuper, myślę, że by mi baaardzo posmakowały :D

    OdpowiedzUsuń