sobota, 12 kwietnia 2014

Izrael, Yad La Shiryon, Jerozolima i couchsurfing.

MacBook, którego zabieram ze sobą w podróże z racji jego ogólnej zajebistości, a także niewielkiej wagi i gabarytów, poza wieloma zaletami ma jedną poważną wadę - w ogóle nie widzi naszego Nikona, kiedy próbujemy go podłączyć... Niestety, ten typ tak ma i następnym razem będziemy musieli kupić aparat z wi-fi, albo innym blutututu. W każdym razie zgrywanie zdjęć i wrzucanie ich na bloga jest uzależnione od tego, czy mamy dostęp do jakiegoś peceta, wczoraj na szczęście mieliśmy.

W czwartek wyjechaliśmy z Tel Awiwu w stronę Jerozolimy, na umówiony przez Justynę couchsurfing, w jednej z miejscowości nieopodal Środka Świata i miasta trzech największych religii monoteistycznych. Z powodu mojego ogromnego hyzia na punkcie broni pancernej, nie mogliśmy nie zahaczyć o muzeum Yad La Shiryon i jego zbiory z wojen, jakie od swego powstania toczy z sąsiadami państwo Izrael. 


Yad La Shiryon do dawny umocniony punkt oporu Jordańczyków, którzy blokowali żydom dojazd do oblężonej Jerozolimy. Izraelczycy przedzierali się pobliską drogą, dziś autostradą numer 1 prowizorycznie opancerzonymi samochodami, ponosząc ogromne straty, by dowieźć żywność i broń do walczących w oblężeniu. Dopiero po latach udało się im zdobyć Yad La Shirion.


W muzeum jest cała masa sprzętu, w tym takie perełki jak ten niemiecki czołg średni Pz. Kpfw IV, zdobyty przez Armię Czerwoną na Ostfroncie i po latach przekazany Egiptowi, a następnie zdobyty przez Izraelczyków w 1956 roku i krótko używany w ich wojsku. Prawdziwy czołg międzynarodowy.


Muzeum było pełne żołnierzy, ponieważ odbywała się akurat ceremonia wręczenia broni kadetom z wywiadu wojskowego, po okolicy kręciło się kilkadziesiąt umundurowanych młodych osób, wraz z wyraźnie dumnymi rodzicami. Wśród nich mnóstwo dziewczyn, dzięki którym wszyscy wiedzą, że IDF to najpiękniejsza armia na świecie.


Po godzinie od wyjazdu z muzeum trafiliśmy na wieś do Nira, naszego hosta. To było nasze pierwsze doświadczenie z couchsurfingiem i okazało się dość ekstremalne, bo o ile ludzie byli bardzo mili, okolica piękna, a Julka i Nastka bawiły się z kozami, oglądały papugi i pawie, to nocowaliśmy w malutkim pokoiku, w którym nocą było zaledwie kilka stopni powyżej zera, a my mieliśmy tylko 4 koce, w tym 2 małe.  W każdym razie noc przetrwaliśmy i następnego dnia uciekliśmy do cywilizacji.


I w końcu Jerozolima. Dojeżdżając do miasta wzięliśmy na stopa dziewczynę jadącą na ślub do znajomych, która pokierowała nas dokładnie tam, gdzie chcieliśmy. Samochód zostawiliśmy na parkingu podziemnym, co jest rozwiązaniem o bardzo tanim, za 4 godziny postoju zapłaciliśmy zaledwie 14 szekli, gdy na nadziemnych parkingach w pobliżu starego miasta chcieli po 20 szekli za godzinę. Ruszyliśmy do Parku Niepodległości, gdzie o 12:00 spotykać się miały dziewczyny kręcące hula, Justyna wzięła swoje, ale niestety na miejscu nie było nikogo, więc potańczyła chwilę sama. 



Jerozolima to oczywiście tłum turystów i jeden wielki Suk, przez który trzeba przejść chcąc dojść do miejsc takich jak na przykład Ściana Płaczu. Kupić tam można wszystko, od jedzenia, przez dewocjonalia trzech religii (zarówno plastikową chińszczyznę, jak i prawdziwe dzieła sztuki), po sprzęt AGD i RTV, każdy sprzedawca zaczepia przechodniów, nas wszyscy brali na Rosjan (mimo braku złotych zębów, łańcuchów i sygnetów oraz mocnego makijażu i obleśnie niemodnych ciuchów u Justyny), starałem się ze stoickim spokojem tłumaczyć "my nie ruskije, my paliaki", na co szybko padała odpowiedź "dzień dobry!", "dobra, dobra", albo "dziękuję". 

W piątki meczet Al Aksa jest otwarty tylko dla wiernych, więc od razu poszliśmy pod Ścianę Płaczu, pozostałość po świątyni zburzonej po powstaniu żydów przeciwko Rzymianom w I w. n.e. 


Po jednej stronie słychać śmiechy, widać cieszących się i tańczących żydów, po drugiej kobiety i mężczyźni (osobno) rozpaczają nad utratą świątyni i proszą Boga o różne rzeczy, zapisane na karteczkach, wciskanych w szczeliny między kamieniami, przychodzą zarówno bogaci, jak i nędzarze i modlą się obok siebie, co wydaje mi się znacznie bliższe samej idei modlitwy, niż "pierwsze ławki", znane z polskich kościołów.




Całkiem łatwo jest odróżnić od siebie żydów i muzułmanów, więc na szczęście odpadł nam problem niepewności, czy witając się powiedzieć "szalom", czy "salam alejkum". Tym bardziej, że im bliżej zachodu słońca i szabatu, tym na ulicach mniej żydów. W końcu jedyni jakich widzieliśmy to ci, którzy udawali się samotnie, albo wraz z licznymi rodzinami na modlitwy do synagog, odświętnie ubrani. Arabowie natomiast w piątkowy wieczór objęli miasto w swoje posiadanie, ich dzielnice dosłownie tętniły życiem.


Na chwilę przed zachodem słońca pojechaliśmy na Górę Oliwną, którą od starego miasta dzieli dolina Maryi i z której roztacza się piękny widok na Jerozolimę. Na stokach góry znajdują się ogromne cmentarze żydowskie, niegdyś były tutaj tłocznie oliwy z oliwek, od którego to miejsce wzięło swoją nazwę - Gethsemane.


Dzisiaj jedziemy jeszcze raz do centrum Jerozolimy. Potem do Autonomii Palestyńskiej i nad Morze Martwe. Noc spędzimy w samochodzie, żeby z samego rana dotrzeć do twierdzy Masada i pobliskiego parku narodowego Ein Gedi, w którym znajduje się upatrzony przez nas już dawno temu wodospad Dawida. Następnie ruszymy na południe, do gorącego Eilat nad Morzem Czerwonym, gdzie spędzimy kilka dni, jeżeli wszystko pójdzie dobrze i pozwolą nam na to finanse, pojedziemy jeszcze na chwilę do Egiptu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz