środa, 23 kwietnia 2014

Do zobaczenia wyłącznie w Izraelu

Jeśli ktoś lubi podziwiać widoki i nie boi się kilkugodzinnego (a czasem dłuższego) wędrowania w gorącym słońcu, to Izrael zdecydowanie będzie miejscem, w którym poczuje się świetnie! Jest wiele miejsc, do których w ogóle nie da się dotrzeć inaczej, niż tylko fundując sobie wcześniej spory spacer, dlatego planując, warto pomyśleć o jakich godzinach będzie się zwiedzało, tym bardziej, że izraelskie parki narodowe, tak jak muzea i wiele innych instytucji, żegnają turystów już o 16.00 - 16.30, więc często wpuszczać nie będą już około 15.00.

My zdecydowanie nie mogliśmy odpuścić sobie kilku miejsc, o których wiele czytaliśmy przed wyjazdem, ale co innego przeczytać, a co innego zobaczyć na własne oczy, tym bardziej że wyobrażenia, nawet po najlepszej lekturze, często okazują się nie mieć zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością.

Masada. Rok 73 naszej ery, twierdza Masada. Spotkanie gorącej, fanatycznej odwagi ostatnich powstańców żydowskich i zimnej kalkulacji, wyszkolenia oraz technologii legionistów Imperium Romanum. Miejsce walki i samobójczej śmierci niemal 1000 obrońców, święte dla państwa Izrael. To tam każdy żołnierz armii Izraela składa przysięgę, że Masada nigdy więcej nie zostanie zdobyta.


My jednak postanowiliśmy ją "zdobyć". Pod szlak dojechaliśmy od strony miasta Arad. Droga po serpentynie wijącej się zboczami, była nieco hardcore'owa, szczególnie że jechaliśmy nią po zmroku. Kiedy dotarliśmy do miejsca gdzie ulica się skończyła byliśmy trochę zaskoczeni, że przywitał nas opuszczony szlaban przed wjazdem na camping. Był też strażnik, który twierdził, że nas nie może wpuścić, pokrzykując tylko FULL, FULL, FULL. Dziwiło nas to bardzo bo za szlabanem widzieliśmy jedno wielkie pustkowie, niczym nie zagospodarowane.  Powiedzieliśmy jednak, że nigdzie stąd nie jedziemy bo rano zamierzamy wejść do Masady. Chyba byliśmy bardzo przekonywujący bo strażnik wykonał kilka telefonów w naszej sprawie oraz doradzał się paru osób będących po drugiej stronie szlabanu. Nasze losy ważyły się przez kolejne pół godziny w rozmowach, czasem krzykach z których nic nie rozumieliśmy. Chwilami mieliśmy wrażenie, że decyzji się nie doczekamy, a strażnik pewnie teraz rozmawia ze swoją mamą i mówi jej co by jutro zjadł na obiad. Jednak doczekaliśmy się! Decyzja zapadła. Na camping nas na noc nie wpuszczą, ale za to strażnik wskazał nam, że kawałek dalej mogliśmy spokojnie spędzić noc. 






W nocy na pustyni, po za księżycem i gwiazdami nie wiele było widać, ale rano ujrzeliśmy przepiękne góry. Z jednej strony pustynne wzniesienia, a z drugiej szczyt i pozostałości murów twierdzy.

Droga do Masady wiodła nas przez nasyp, którego niegdyś nie było. Zaprojektowali go rzymscy legioniści, by wciągnąć po nim wieżę oblężniczą, na tyle dużą, że będąc na miejscu przewyższała koronę muru. A wykonali okoliczni mieszkańcy, których tysiące zmuszono do tej pracy.


Wspinaczkę rozpoczęliśmy o 7.00 nad ranem, by uniknąć gorąca. Gdy byliśmy na górze, wewnątrz twierdzy, słońce dopiero wschodziło nad Morzem Martwym, ale upał już był nieznośny.



Po wejściu na górę naprawdę zaskoczył nas rozmach fortecy. Król Herod, ten sam którego znamy z Biblii, z rzezi niewiniątek, kazał zbudować sobie tam okazałe pałace, były tam między innymi wielkie łaźnie, magazyny zboża, oliwy i wina... 


W północnym pałacu Herod kazał wnieść koryncką kolumnadę, pewnie w myśl powiedzenia "kto zabroni bogatemu", do dziś pozostała jej znaczna część.




Wiadomo, że Masada sama się nie zbudowała. Tylko skąd wziąć do pracy ludzi, skoro wszędzie wokół jest tylko skała? Kilkanaście kilometrów dalej, opodal brzegów Morza Martwego znajduje się park narodowy, oaza Ein Gedi, dziś to wodospady, będące turystyczną atrakcją, niegdyś mieszkali tutaj ludzie. To oni zbudowali Masadę, to także oni podczas oblężenia niewolniczą pracą zbudowali obozowiska, transportowali jedzenie, wodę i drewno, usypali też nasyp, po którym pod mury wjechała wieża oblężnicza.

Z twierdzy można było zobaczyć ślady po 8 rzymskich obozach, którymi otoczono ją podczas oblężenia oraz współczesną infrastrukturę turystyczną, parkingi, mały amfiteatr.


No i morze martwe, leżące jakieś 200 metrów niżej.



Masada po upadku nie została całkowicie zniszczona, Rzymianie utrzymywali w niej przez jakiś czas swój garnizon, potem wprowadzili się do niej mnisi, po odejściu których ruiny przez ponad 1000 lat nie były przez nikogo odwiedzane.


Gdy opuszczaliśmy twierdzę było po 9.00 i upał robił się niemiłosierny. Całe szczęście schodziliśmy od zachodniej strony, cały czas w cieniu.



Między Arad, a Masadą, oprócz sporego hotelu, znaleźć można także obozowiska beduinów, a ich zwierzęta zobaczyć pasące się w okolicy drogi, w poszukiwaniu rosnących tu i tam kępek trawy.


Czerwony Kanion, to formacje skalne ukształtowane przez wiatr w czerwonym piaskowcu w górach Eilat. Jedzie się do nich wzdłuż granicy Izraelsko - Egipskiej. Teren ten jest mocno strzeżony przez izraelskich żołnierzy. Nie przywykliśmy do codziennego widoku drutów kolczastych, checkpointów, żołnierzy z długą bronią, dlatego momentami czuliśmy się nieswojo. Ale poza tym szczegółem trasa jest przepiękna, wokół wiją się pasma górskie w trzech kolorach żółtym, czerwonym i czarnym. U szczytu niektórych gór można zobaczyć piękną panoramę na zatokę morza czerwonego przy, której stykają się trzy państwa: Izrael, Jordania i Egipt.


Z Eilat do szlaku "Red Canion" jechaliśmy samochodem ok. 20 minut, potem piechotą przez pustynie kolejne 20 minut, aż zobaczyliśmy pierwsze formacje skalne. 


Na początku kaniony były dość szerokie i łatwe do przejścia, ale potem robiło się coraz bardziej wąsko, stromo i trudno. Im trudniej, tym bardziej zachwycone były Julka i Anastazja.


Na trasie są przygotowane podpory dla turystów, co znacznie ułatwia pokonanie części trasy, szczególnie z dziećmi i bez posiadania przy sobie sprzętu do wspinaczki. Niestety w pewnym momencie szlak przechodzi z zielonego w czarny co w praktyce oznaczało konieczność przejścia przez pionowe ściany kanionu mając za placami kilkudziesięciu metrową przepaść, a podpory były raczej przygotowane pod wzrost dorosłego człowieka, dlatego ten fragment ze względu na dziewczyny sobie odpuściliśmy, choć było nam ogromnie żal. 







Wracając czuliśmy ogromny niedosyt i pewnie gdyby nie upał i kończąca się woda zostalibyśmy tam na dłużej, aby cieszyć się tymi niesamowitymi widokami.







Ein Gedi i Morze MartwePustynia Judejska na zachodnim wybrzeżu Morza Martwego. Ciężko dostrzec jakąkolwiek roślinność zarówno na ziemi jak i oczywiście w wodzie, bo chyba każdy pamięta ze szkoły, że w najbardziej zasolonym morzu świata nie żyje nic poza jakimiś bakteriami. Ale jest i wspomniana wcześniej oaza Ein Gedi, część parku narodowego, bogata nie tylko w faunę (m.in. prawie nie bojące się ludzi zwierzaki przypominające susła) i florę, ale i wodospady.


Pierwsze chwile w parku to szok ze względu na odwiedzające go tłumy. Nastawialiśmy się na spokojny spacer i kontemplację przyrody, a atmosfera była jak w parku rozrywki. Mnóstwo dzieci, krzyki, śmiechy i zabawa. Ale dziewczynkom to nie przeszkadzało. Przebrały się w stroje kąpielowe   i bawiły się pod wodospadami wraz z innymi dziećmi.


Zabawę w wodospadach mieli również dorośli. Mężczyźni ustawiali się w kolejkach, aby choć chwilę spędzić pod strumieniem słodkiej, orzeźwiającej, górkiej wody. 



Nieczęsto, ale jednak, zobaczyć pod wodospadem można było także ortodoksyjną żydówkę, czy muzułmankę, ubrane od stóp do głów i ociekające wodą. Zmoczyć się wchodzono całymi rodzinami.


Ostatnim wodospadem na trasie był Wodospad Dawida, wraz ze Studnią Dawida - jedyny zbiornik na terenie parku, w którym kąpać się nie można. Pieczara wokół wodospadu porośnięta jest mchami i zwisającą roślinnością, zieleń ta odbija się w wodzie nadając je piękny turkusowy kolor. Sam Wodospad Dawida może nie jest zbyt imponujący - dwie wąskie stróżki wody opadające kilkanaście metrów w dół, ale biorąc pod uwagę pustynię wszędzie wokół, nabiera zupełnie innej wartości.



Ze szlaków Oazy Ein Gedi co chwila za wzniesień wyłania się Morze Martwe oraz widok na jego wschodnią część, czyli Jordanię.








Z parku można dojść piechotą do jednego z nielicznych kąpielisk nad Morzem Martwym. Plaża w Ein Gedi to właściwie kamieniste zbocze, po którym dość trudno idzie się z dziećmi, ale nie jest nie do pokonania. Dziewczyny jednak znów nie skusiły się na kąpiel w morzu, bo po pierwszym zanurzeniu stóp skóra zaczęła je piec i czym prędzej pobiegły pod prysznice, których przy kąpielisku nie brakuje. Michał chwilę poleżał na unoszącej go wodzie, a ja poszłam ok. 100 metrów w prawo wzdłuż plaży do błotnego bajorka, gdzie postanowiłam sprawdzić właściwości kosmetyczne błota z Morza Martwego.


Czułam się tak jak wyglądałam. Piekło i swędziało. I może rzeczywiście po zmyciu błota skóra przez dzień była gładka jak pupa niemowlęcia, ale potem była strasznie wysuszona i zaczęła schodzić całymi płatami.

Jadąc z Jerozolimy w stronę Morza Martwego zrobiliśmy wreszcie coś na poziomie - zdjęcie na poziomie morza.


O podsumowanie całego wyjazdu pokusimy się za kilka dni, wtedy napiszemy ile dokładnie wydaliśmy pieniędzy w kraju okropnej drożyzny, a także opiszemy i pokażemy wiele rzeczy, o które do państwa Izrael ma się słuszne pretensje, między innymi pogardzanie Arabami, warunki w jakich muszą żyć Palestyńczycy, czy to, co z mózgiem 18-latka może zrobić fakt, że ma władzę i karabin...

Tymczasem jesteśmy w Azerbejdżanie, w Baku i przymierzamy się do wycieczek dalej, by zobaczyć więcej, niż tylko idealnie czyste centrum stolicy, które mogłoby zawstydzić niejedno zachodnioeuropejskie miasto i które już kiedy zajrzeć w bramę i przypatrzyć się bliżej, okazuje się tylko piękną fasadą. Ciekawe nas też, kiedy pierwszy raz ktoś będzie chciał od nas "wziatku", wszak jesteśmy w kraju w którym korupcja jest zjawiskiem całkowicie normalnym i powszechnym.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz