niedziela, 25 maja 2014

Bogaty kraj biednych ludzi, część 2


Azerbejdżan w reklamach telewizyjnych, w internecie i na billboardach reklamuje się jako Kraina Ognia. Filmiki promocyjne pokazują jak to biedna wcześniej ziemia stałą się bogata i nowoczesna, za sprawą skarbów ukrytych pod ziemią, w głównej mierze ropy naftowej. Ogień jest wszechobecny. W centrum Baku trzy monumentalne wieżowce Flame Towers, kiedy tylko zapada zmierzch, są iluminowane animacją przedstawiającą płomienie,


płomienie towarzyszą też podróżom przez pola naftowe, choć my gdy przejeżdżaliśmy przez tak zwane James Bond Oil Fields (miejsce znane z powodu kręcenia tam scen do jednego z Bondów), nie trafiliśmy na nawet jeden czynny szyb.  


Zdarzają się miejsca, w których gaz ziemny, towarzyszący złożom ropy, przez pęknięcia w skałach uchodzi na powierzchnię, tak jak ma to miejsce w Yanar Dag, czy miało miejsce niegdyś w zoroastryjskiej świątynii Atashgah. 

Ta ostatnia leży na przedmieściach Baku, zwanych Surakhani. Dojazd do niej jest banalnie prosty, wystarczy wysiąść na stacji metra Genclik, gdzie zatrzymują się chyba wszystkie marszrutki, jakie tylko istnieją w okolicach stolicy Azerbejdżanu. Potem trzeba tylko odczekać, aż przyjedzie mikrobus, by dość wygodnie i niewielkim kosztem (20-40 qepików) dojechać wszędzie w okolicy.


Kiedy znaleźliśmy się już w Surakhani, mieliśmy problem by trafić do świątynii, dzięki czemu mogliśmy pospacerować po okolicy, oglądając domki równie ubogie i zaśmiecone, jak te w Gobustan. 


W końcu znudziło nas błądzenie i spytaliśmy o drogę młodego chłopaka, który szybko zaoferował, że zaprowadzi nas na miejsce, po drodze w mieszaninie rosyjskiego i angielskiego tłumacząc, że niedługo wyjeżdża do Rosji, do samej Moskwy, bo to wspaniały kraj i tam na pewno zarobi mnóstwo pieniędzy, a nie tak jak tutaj, 100 manatów miesięcznie. Mówił, że będzie tam szczęśliwy i szybko stanie się bogaty. Gryzłem się w język, żeby nie krzyknąć mu, że chyba zgłupiał, że w Moskwie będzie "czarnym", jak wszyscy z Kaukazu, że będą nim gardzić, bo ma ciemniejszy odcień skóry i nienawidzić, bo "zabiera miejsca pracy Rosjanom", pracując za stawki, za które mieszkaniec Moskwy nie kiwnąłby palcem i że skini będą polować na niego, tak jak na innych biednych nie-Rosjan. Ale nic nie powiedziałem. 

Wreszcie weszliśmy do świątyni, płacąc po 2 manaty za dorosłego i 20 qepików za dzieci. Ateshgah zbudowana jest na planie prostokąta, z centralnie położonym miejscem, gdzie płonie ogień teoretycznie wydobywający się spod ziemi (o czym zaraz) oraz celami mnichów zbudowanych w oparciu o mury okalające świątynię.


Wzniesiono ją z wapienia, który od setek lat aż do dzisiaj jest podstawowym budulcem na terenie Azerbejdżanu i który kupuje się na ciężarówki (Kamazy wypełnione kamieniem stoją w wielu miejscach na parkingach, czekając na kupców). Oglądanie zaczęliśmy oczywiście od centralnego paleniska, przy którym Julka zaraz przystanęła i zaglądając pod spód zapytała "A co tam robią te rury?". Po chwili okazało się, że gaz podsycający płomienie tak naprawdę nie wydobywa się z czeluści ziemi, ale jest doprowadzany rurami calówkami... magia nieco prysła. W większości mnisich cel urządzono diorami, przedstawiające manekiny mnichów w strojach stylizowanych na dawne, wykonujących typowe zajęcia eremitów: pracujących, modlących się, odpoczywających.



Świątynia była całkiem ciekawa, niestety bardzo brakowało materiałów dotyczących jej historii, no i pobyt pozostawił ogromny niedosyt. W sumie przecież wszystko można doczytać w internecie, ale informacje odpowiednio podane na miejscu na pewno sprawiłyby, żeby Ateshgah byłby znacznie bardziej interesujący. A tak, świątynia sprawia wrażenie stojącej ot tak, bez celu i sensu, a już na pewno nie starającej się o większą liczbę odwiedzających... 

Jeśli wydaje się Wam, że Azerbejdżan promuje się pokazując swą historię i tradycję, miejsca takie jak Ateshgah, to nie moglibyście być w większym błędzie! Propaganda prezydenta Alijewa pokazuje jedynie wspaniałe drapacze chmur, nowe Baku i szczęśliwych, bogatych ludzi, jakby wstydzili się średniowiecznych budowli (a niewiele ich zostało...), meczetów, czy bycia częścią Jedwabnego Szlaku i karawanserajów, którymi upstrzona była niegdyś droga z Europy do Chin...

Nim wróciliśmy do Baku, poszliśmy jeszcze na pobliski bazar, który widzieliśmy z okien marszrutki. Jak zwykle na targu, ceny okazały się niezwykle korzystne: owoce i warzywa potrafiły być dwa razy tańsze niż w sklepach w pobliskiej stolicy, więc zrobiliśmy odpowiednie zapasy. Tak na większości orientalnych bazarów, co chwila trafialiśmy na stragan zastawiony owocami, warzywami, kolorowymi przyprawami.


Natomiast w bazarowym kebab-barze trafiliśmy na świetnie władającego rosyjskim Azera, z którym przegadaliśmy chyba godzinę, dowiadując się jeszcze więcej o tym jak "ciekawie" jest w jego ojczyźnie. On nas wypytywał przede wszystkim o samochody i elektronikę, a słysząc ceny, po prostu łapał się za głowę... W Azerbejdżanie komputery są dwa razy droższe niż w Polsce, samochody trzy razy droższe, do tego jest ich wiecznie za mało, dlatego stare Wołgi, Łady i Moskwicze są pielęgnowane, by służyły przez kilka dekad. Żaden samochód nie jest tutaj zbyt stary, by jeździć, tym bardziej że 99% z nich to produkcja z czasów ZSRR typu "gniotsia-niełamiotsia", z silnikami od czołgów, do których można z równym powodzeniem wlewać ropę, benzynę, spirytus, albo olej roślinny ;) Nawet niemal zupełne rupiecie potrafią tu pracować, tak jak to miało miejsce w przypadku tych zbieraczy złomu, spotkanych przez nas nieopodal bazaru.


Przy okazji oglądania miejscowego taboru trafiliśmy też na polskiego youngtimera, w wieku co najmniej 25 lat i w świetnym stanie! Napis na owiewce idealnie oddawał chyba to, co o swoim pojeździe myśli jego właściciel. 


Gdybyśmy chcieli zrobić sobie wycieczkę samochodową z Polski do Baku, a na miejscu sprzedali auto i wrócili samolotem, to prawdopodobnie nie dość że nie ponieślibyśmy żadnych kosztów, ale jeszcze przywieźlibyśmy ze sobą sporo pieniędzy ponad to, ile nasz samochód wart jest w Polsce. Niezły pomysł na samofinansującą się podróż, prawda?

Kebab na bazarze był wspaniały, chyba najlepszy jaki jedliśmy podczas całego pobytu w Azerbejdżanie i tani jednocześnie, bo kosztował jedynie 1,30 manata, czyli niemal 6 złotych. Justyna w poszukiwaniu wegetariańskiego jedzenia trafiła na jakąś babuszkę, sprzedającą "pirożki" nadziewane soczewicą, po 30 qepików. Zjadła dwa i więcej nie dała rady. A potem wróciliśmy do naszego hotelu.


Zaplanowaliśmy sobie na następny dzień wyjazd do odległego o 200 kilometrów Gebele, żeby stanąć pod Kaukazem i zobaczyć wiele ciekawych rzeczy, które to miejsce ma do zaoferowania. Na dworzec busów dalekobieżnych dotarliśmy po godzinnym spacerze z metra, ponieważ projektanci drogi szybkiego ruchu opodal dworca, w ogóle nie pomyśleli o ruchu pieszym i zanim udało się nam pokonać 8 pasów ruchu, rondo i kilka górek, minęło wiele czasu. Potem czekaliśmy jeszcze na marszrutkę, około 1,5 godziny, a kiedy ruszyliśmy, było już około 14:00. Cztery godziny później wysiedliśmy w Gebele, ze świadomością tego, że będziemy musieli albo tam zanocować, albo wracać taksówką, bo marszrutek w nocy nie było...

Trafiliśmy na lokalny postój taksówek. Same stare Łady, w różnych kolorach nadwozia i w różnych stadiach zeżarcia blachy przez rdzę. Co dziwne, nawet starsi ludzie mówili po rosyjsku bardzo słabo, w tym nasz kierowca, co spowodowało jedno wielkie nieporozumienie... Najpierw sądził on, że chcemy pojechać do sąsiedniego miasta, potem gdy się w miarę dogadaliśmy, zawiózł nas kawałek w góry, pod letnią rezydencję prezydenta Alijewa (z której był wyraźnie dumny), a w końcu, po wielu dyskusjach prowadzonych po azersku i rosyjsku, nad pobliskie jezioro.



O dziwo, odzyskał znajomość rosyjskiego, kiedy powiedzieliśmy, że potrzebujemy transportu do Baku. Wykonał dwa telefony i powiedział, że jego znajomy zawiezie nas za 80 manatów. "My nie duraki" odpowiedziałem, a już 5 minut potem cena stanęła na 50 manatach, też wysoko, ale musieliśmy wracać, bo hotel na miejscu był jeszcze droższy, a standardem przypominał mi podły 2-gwiazdkowy hotelik z toaletą na korytarzu, w którym nocowałem kiedyś w Katowicach po koncercie Jimmiego Page'a i Roberta Planta. Wracając do stolicy byliśmy mocno zawiedzeni, bo nie zobaczyliśmy niczego, co mieliśmy w planach, a wydaliśmy w sumie tego dnia 1/4 wszystkich pieniędzy, jakie mieliśmy przeznaczone na wyjazd... na szczęście wkrótce humor poprawiły nam przydrożne stragany.


Chwila oglądania, szybki wybór, dodatkowo przyspieszany poganianiem naszego kierowcy, który chciał jeszcze tego dnia wrócić z Baku do Gebele i zdecydowaliśmy się na butelkę lokalnego białego wina oraz jabłka z orzechami włoskimi w miodzie w słoiku. 


Potem już tylko co jakiś czas musieliśmy zwalniać, żeby przepuścić stada owiec, albo żeby to one mogły przepuścić nas. Do Baku dojechaliśmy przed północą, kiedy byliśmy już w mieście, kierowca nagle stwierdził, że zostawi nas przy stacji metra, bo nie będzie nas wiózł aż do centrum... Nie było o czym gadać, wysiedliśmy i metrem wróciliśmy do siebie, po drodze spotykając poznaną 3 dni wcześniej w Gobustan parę niemiecko-holenderskich rowerowych podróżników, którzy właśnie wracali z płonących skał Yanar Dag. Gdy tylko dotarliśmy na miejsce, do razu otworzyliśmy kupiony słoik, jabłka z orzechami w miodzie smakowały fenomenalnie!


Jedząc pyszne kanapki i popijając azerskim winem, planowaliśmy już kolejne dni naszego pobytu w Azerbejdżanie, o których napiszemy następny post. Bardzo chciałem, żeby w tym zawrzeć wszystko, co działo się do końca naszego pobytu, ale i tematów i zdjęć okazało się zwyczajnie zbyt wiele...
Tak więc trzecia część oraz podsumowanie wyjazdu, który okazał się cenowo bardzo smart, już za kilka dni, choć nie wiem czy najpierw nie napiszemy więcej na temat Krety, bo to temat wciąż świeży, tak świeży że dalej czujemy ból tylko z powodu tego, że musieliśmy opuścić wyspę króla Minosa, Dedala i Ikara oraz Minotaura i wrócić do naszej polskiej rzeczywistości.

Ale, ale! Tymczasem kroi się już kolejny wypad - tym razem zaledwie na kilka dni, ale już za mniej niż miesiąc, więc mamy czego z utęsknieniem wyczekiwać. Oczywiście niebawem napiszemy o tym więcej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz