czwartek, 15 maja 2014

Izrael, finał.

Odstępy między podróżami powinny wynosić akurat tyle, by po powrocie z jednej, udało się zarobić na tę kolejną. Nam na całe szczęście udało się nie pójść z torbami spędzając najpierw 9 dni w Izraelu, a potem, po 3-dniowej przerwie wielkanocnej, kolejne 7 w Azerbejdżanie. Niestety takie życie nie służy dobrze wolnemu czasowi, dlatego ten post powstawał przez niemal 2 tygodnie, a kończymy go teraz, kiedy jesteśmy znów w rozjazdach, tym razem na Krecie. A zatem:

Tel Aviv.
Izraelskie Centrum Turystyki promuje Tel Aviv jako Nowy Jork Bliskiego Wschodu. I rzeczywiście jak tylko wjeżdża się do miasta z każdej strony jest się otoczonym oszklonymi drapaczami chmur. Dokładnie porównać tego z NY niestety nie możemy, bo wciąż składanie wniosków o wizy do USA nam się nie uśmiecha, ale jeśli chodzi o Tel Awiw, to możemy powiedzieć, to że jest miastem spokojnym. W przeciwieństwie do innych stolic (choć Izraelczycy uznają za stolicę swego państwa Jerozolimę, nie Tel Awiw), tu nie ma mega pośpiechu. Spotykaliśmy ludzi spokojnych i życzliwych oczywiście uważających, ze Tel Aviv to najlepsze miejsce na świecie. Jest to także miasto otwarte na nieortodoksyjne podejście do życia, słynie jako homoseksualna mekka, nie zamiera w piątkowy wieczór, pod tymi względami jest to prawie Europa zachodnia. Prawie, bo jak w całym Izraelu, nie da się tam kupić alkoholu w sklepie po 23.00. Takie prawo mają i już.


Tradycja i nowoczesność w jednym :) McDonalnd serwujący koszerne śmieciowe żarcie. Koniec świata.


Zdecydowanym atutem Tel Avivu jest szeroka, długa plaża. Siedzieliśmy na niej i zastanawialiśmy  się jak to jest, że w środę od samego rana ludzie mogą tu spędzać czas na plaży, nie musza iść do pracy, do szkoły? Ale szybko skończyliśmy nasze rozważania i czerpaliśmy przyjemność z chwili. 


Plaża ta ma niesamowity klimat chilloutu. Można spotkać chłopaków z gitarą, dziewczyny z hula hoop, dołączyć do dyskusji przy sziszy. Radość z tego miejsca kipi.




Old Jaffa.  Idąc wzdłuż plaży można dojść do Starej Jaffy. Spokojne miejsce z biblijną przeszłością, dobrze pamiętające też czasy krucjat. Wąskie uliczki, bramy, schody w dół, zaraz schody w górę. We wnękach sklepy autorskie izraelskich artystów i rzemieślników. Czuje się  klimat śródziemnomorskich przystani. Z niektórych miejsc można dostrzec latarnię morską w porcie. W wielu miejscach widać także pozostałości z czasów, kiedy Żydzi walczyli o swoje państwo, najpierw z Anglikami, potem z każdym dookoła: bunkry, ślady po kulach na domach, ciężki sprzęt przy muzeum na plaży.


Spacerowaliśmy, oglądając to wszystko, czasem zatrzymaliśmy się, żeby usiąść na schodach i chłonąć chłód z jasnego kamienia.




Po wyjściu ze starej Jafy trafiliśmy na targ staroci. Kolorowe stragany, mężczyźni grający w warcaby,   srebra, kryształy, dywany i inne starocia przyciągały uwagę. Chciało się dotykać, oglądać, szukać ciekawych przedmiotów - a na takie natykaliśmy bez przerwy. Gdyby nie to, że podróżowaliśmy samolotem i tylko z bagażem podręcznym pewnie wyszlibyśmy z tego sugu obładowani. Jednak na pewno nie kupilibyśmy mebli, których było mnóstwo. Większość pochodziła od europejskich żydów, którzy przeprowadzali się do Izraela z całym dobytkiem - na każdym kroku spotkać można było na przykład meble dokładnie takie same, jakie znamy z naszej PRL-owskiej przeszłości.






Eilat.
Eilat leży w wąskim pasie ziemi wciśniętym pomiędzy egipskie i jordańskie wybrzeże Morza Czerwonego. Izrael otrzymał te tereny na drodze uzgodnień ONZ w 1947 roku. W pobliżu są rafy koralowe, zatoka delfinów, przepiękne góry ze świetnymi trasami do pieszych wędrówek. Jak komuś mało to może jeszcze wybrać się niemal piechotą do Jordanii i Egiptu (niestety ze względu na różne opłaty graniczne nie jest to tanie). Samo miasto natomiast wygląda jak centrum rozrywki. Wieczorem jest głośne, zatłoczone i tanio błyszczące - nie tylko od złotych zębów rosyjskich turystów. Plaża w samym centru Eilat też nie jest najlepsza. Wąska bardzo zanieczyszczona, z postawionym leżakiem przy leżaku blokującymi swobodne wejście do morza, ciągle gra głośna muzyka z okolicznych barów.


 

Dlatego pewnie nic dziwnego, że przy Eilat są płatne plaże takie jak Dolphin Reef czy Coral Reef, gdzie warunki dużo bardziej sprzyjają odpoczynkowi,


a do tego można ponurkować (oczywiście za dodatkową, słoną opłatą) wśród delfinów i raf koralowych.


My w tym roku postanowilismy jednak poszukać szczęścia omijając te wszystkie atrakcje turystyczne i tuż przy samej granicy z Egiptem znaleźliśmy bezpłatną, niezatłoczoną plażę, a do tego z rafami koralowymi.








Teraz finanse z wyprawy do Izraela.

Przejazd Lublin - Pyrzowice - Lublin oraz parking przy lotnisku: 320 zł
Bilety Pyrzowice - Tel Awiw - Pyrzowice: 790 zł
Wypożyczenie samochodu plus podkładki dla Nastki: 700 zł 
Hotel w Tel Awiwie (2 noce): 900 zł 
Hotel w Jerozolimie: (1 noc) : 400 zł
Pokój w Eilat (4 noce): 880 zł
Wydatki w Izraelu: 2000 zł

Razem: 5990 zł (na cztery osoby)
(nie uwzględniam wydatku na szpital, ponieważ Generali bardzo szybko zwróciło mi pieniądze, co prawda po dość bandyckim kursie szekli, ale o te kilkadziesiąt złotych nie będę się wykłócał)

Przyznaję, jak teraz policzyłem sobie wszystkie wydatki, to ta wycieczka wcale nie wygląda mi na "smart", wręcz przeciwnie. Z drugiej strony, to była trochę taka nasza podróż poślubna, tylko dokładnie 10 lat później. Kiedy się pobieraliśmy, oboje delikatnie mówiąc nie śmierdzieliśmy groszem, dlatego teraz chcieliśmy to sobie zrekompensować. Nie myślcie tylko, że wyliczona kwota pozwoliła nam na jakieś luksusy, zdecydowanie nie, Izrael jest bardzo drogim kierunkiem turystycznym, szczególnie jeśli podróżuje się z dziećmi, co pociąga za sobą konieczność zapewnienia im odpowiednich warunków, żeby one także miały zabawę. 

Każdy wydatek był jakimś kompromisem: hotel w Tel Awiwie (Beachfront Hotel) był lekko sfatygowany, za to mieliśmy widok na morze oddalone od tarasu o 30 metrów, pokój w Villa Kibel (to miejsce naprawdę istnieje i tak się nazywa) nawet po upgrade to nie był wysoki, ani nawet średni standard, za to miał fenomenalny widok z tarasu na zatokę Eilat, no i był tani, jak na ceny w tym mieście.



W każdym razie, teraz gdy wiem ile nas to wszystko kosztowało, zaczynam powoli rozumieć dlaczego koledzy mają domki jednorodzinne, a my gnieciemy się na 48m2 gierkowskiej wielkiej płyty. Ale warto było trochę pooszczędzać od powrotu z Brukseli i zużyć więcej niż trochę limitu na karcie kredytowej. Za dziesięć, czy dwadzieścia lat, gdziekolwiek wtedy się znajdziemy, będziemy mogli wspólnie obejrzeć zdjęcia z każdego miejsca, do którego udało się nam trafić i cieszyć się wspomnieniami. Średnio wyobrażam sobie to samo w odniesieniu do budowy domu, nie przemawia do mnie oglądanie fotek z budowy i wspominanie w stylu "a pamiętasz jak przyjechali wylewać nam fundamenty?"... :)

Po dwóch pobytach w Izraelu możemy powiedzieć, że nauczyliśmy się tyle, że trzeci będziemy w stanie zorganizować na podobnym poziomie, za to za znacznie mniejsze pieniądze. Niektórych rzeczy po prostu nie da się wyczytać z poradników, forów internetowych i tak dalej, trzeba to sprawdzić na miejscu, żeby zdobyć doświadczenie.

O samym Izraelu trzeba powiedzieć przede wszystkim to, że jest idealnym miejscem na zwiedzanie i wypoczynek, kiedy w Polsce jest brzydko i zimno. Zarówno w listopadzie, jak i w kwietniu pogoda jest fantastyczna, choć trafić się mogą upały, to można je przeżyć zarówno nad morzem, jak i chociażby w zacienionej starej Jerozolimie. Czytałem natomiast nieco o tym, jak nieprzyjemni potrafią być Izraelczycy, dla turystów, a ponoć w szczególności dla Polaków (???), ale to należy włożyć między bajki. Ludzie są bardzo mili, pogadać można z osobami w każdym wieku, choć trzeba często być przygotowanym na dłuższą rozmowę, obejmującą sprawy turystyczne, politykę, filozofię i religioznawstwo, taki mix po prostu. Być może można spotkać się z innym traktowaniem, jeżeli przyjeżdża się z takim nastawieniem, jak stereotypowy Warszawiak do Zakopanego, czyli "jestem turystą, więc należy mi się"? Nie wiem., nam się takie odbicia nie zdarzają.

Jedno jest pewne, żeby zobaczyć cały Izrael, wszystkie miejsca które warte są odwiedzenia od  Wzgórz Golan na północy, aż po Eilat nad Morzem Czerwonym na południu, nie wystarczą zapewne nawet dwa tygodnie. My tym razem przez 9 dni dowiedzieliśmy się o Izraelu znacznie więcej, niż podczas poprzedniej, listopadowej wycieczki, która była bardzo krótka. Wreszcie zobaczyliśmy Jafę, Jerozolimę, Masadę oraz wiele innych pięknych miejsc, o których pisaliśmy wcześniej, tym niemniej sporo jeszcze pozostało nam na kolejny wyjazd do Izraela.

Co możemy doradzić, tym którzy planują odwiedzić państwo żydowskie?

1. Do Izraela można już z Polski bardzo tanio dolecieć, niestety baza noclegowa na miejscu w przeważającej mierze jest nie na kieszeń zwyczajnego Polaka. Rozwiązań na budżetowe nocowanie jest na szczęście kilka.

Po pierwsze hostele, jednak w tym wypadku należy liczyć się z obecnością młodzieży i permanentną balangą, więc nie jest to opcja dla szukających odpoczynku i lubiących spać od zmierzchu do świtu.

Po drugie couchsurfing. To nie tylko możliwość zanocowania zupełnie za darmo, ale i poznania Izraela dzięki couchowi, z którym można wyjść na zwiedzanie, czy na imprezę. Noclegi takie można znaleźć zarówno w miastach, jak i poza nimi.

Po trzecie, warto kontaktować się z domami zakonnymi. W Jerozolimie i okolicach jest ich bardzo wiele i tradycyjnie już przyjmują pielgrzymów, nawet jeśli ich podróż do Izraela nie ma zbyt wiele wspólnego z prawdziwym pielgrzymowaniem. Niskie zazwyczaj ceny są tu ustalone z góry, choć spotkane przez nas dziewczyny mimo wcześniejszej rezerwacji zostały poproszone o tylko datek "co łaska" na dom zakonny w zamian za noclegi, kiedy zakonnicy zobaczyli, jak niewiele mają one ze sobą pieniędzy.

Po czwarte w Izraelu campingowanie jest bezpłatne i dozwolone w każdym miejscu.  Jednak liczyć należy się z tym, że miejsc z dostępnym węzłem sanitarnym i podobnymi udogodnieniami będzie bardzo mało. Ale nie jest tak że się nie da, choćby nocując "pod chmurką" przy Ein Gedi nad Morzem Martwym można korzystać za darmo z toalet i pryszniców.

2. W przypadku zwiedzania trzeba wziąć sobie do serca powiedzenie "Kto rano wstaje, temu pan Bóg daje". Konkretnie daje szansę na zwiedzanie w spokoju. Aby umacniać tożsamość narodową Żydów, którzy często pochodzą z odległych części świata, z różnych kultur i mówią różnymi językami, w wieku szkolnym dzieci bardzo dużo jeżdżą po swoim kraju. Trafienie na jedną z takich wycieczek oznacza niestety koniec ciszy i spokoju, bo dzieci zachowują się...po prostu jak dzieci. Są głośne, rozbiegane i strasznie mocno wszystko przeżywają.

Ustawienie budzika na 6.00 rano i wczesne rozpoczęcie zwiedzania sprawia, że ten problem znika, jako że rzadko kiedy wycieczka dziecięca wyrusza wcześniej niż około 11.00. Zaś większość izraelskich atrakcji otwarta jest od świtu (np. twierdza Masada od 6.00 rano)

3. Uzbrojone osoby, przede wszystkim żołnierze, są w Izraelu widokiem powszechnym, co może wywoływać u niektórych obawę, w końcu w Polsce nie nawykliśmy do tego, że karabiny widujemy na co dzień i kojarzy się to nam niezbyt dobrze. Po pierwsze żołnierze po służbie obowiązkowo noszą broń rozładowaną i z zabezpieczonym zamkiem, więc nie ma obawy, że coś przypadkowo wystrzeli. Po drugie to w większości bardzo młodzi ludzie, do których można podejść, pogadać, poprosić o wspólne zdjęcie i tak dalej.



Do żołnierzy na służbie lepiej w takich celach nie podchodzić, serdeczność i otwartość zmieniają bowiem na totalną napinkę.

4. Mimo tego co napisałem wcześniej, w Izraelu nie czuć atmosfery zagrożenia i raczej nie należy obawiać się o swoje bezpieczeństwo. Checkpointy to nie czołgi stojące w poprzek drogi, z lufami skierowanymi w stronę nadjeżdżających aut (takie obrazi często serwuje nam telewizja), nawet na zachodnim brzegu Jordanu bardziej przypominają one kontrolę policyjną.


Rozwagi wymaga jedynie przebywanie na terenach, gdzie częściej dochodzi do walk, czyli przy granicy z Libanem, Syrią, oraz Strefą Gazy. Szczególnie okolice tej ostatniej wiążą się z ryzykiem ataku rakietowego ze strony Hammasu (na miasto Aszkelon odpalanych jest ok. 300 rakiet rocznie) i mimo że Żelazna Kopuła, system antyrakietowy chroniący Izrael, radzi sobie z nimi dość dobrze, warto zawsze popatrzeć gdzie jest najbliższy schron, bo od ogłoszenia alarmu do uderzenia rakiety zwykle jest około 60 sekund. Jeżeli ktoś podróżuje z dziećmi, te tereny najlepiej sobie odpuścić, tak jak zrobiliśmy to my.

5. Shuk, czyli suk, czyli targ. To idealne miejsce do tego, żeby kupować i nie pójść z torbami. W Tel Awiwie łatwo znaleźć shuk HaCarmel, ogromne targowisko, gdzie znaleźć można niemal wszystko. Z kolei w Eilat targi odbywają się we wtorki, przy ulicy Sderot HaTmarim, przy tej samej ulicy znajduje się świetna piekarnia w której można bardzo kupić pieczywo i słodkie wypieki (np. baklawę).

I na sam koniec łyżka dziegciu do beczki miodu. 
Na lotnisku w Tel Awiwie poznaliśmy 4 dziewczyny, studiujące w Krakowie, które przyleciały zwiedzić Izrael stopem. Kiedy spotkaliśmy się ponownie, czekając na samolot do Polski, opowiedziały m.in. o przygodzie na wojskowym checkpoincie, kiedy podwoził je mieszkający w Egipcie Arab. Izraelskim żołnierzom wydało się bardzo podejrzane, że po pierwsze kierowca ma dużo pieniędzy, a po drugie, że wiezie 4 Europejki. Skutkiem tego było kilkugodzinne przesłuchiwanie, każdej z dziewczyn z osobna i szczegółowa kontrola wszystkich ich bagaży, połączona z zachowaniem "może macie rację, ale my mamy karabiny" ze strony żołnierzy, mających tyle samo lat co one. Nas podczas obu wycieczek nie spotkała ze strony izraelskiego wojska, czy policji żadna tego typu sytuacja, przez co łatwo zapominaliśmy o tym wszystkim, co jest codziennością konfliktu palestyńsko - izraelskiego.  I w jakich warunkach żyją Palestyńczycy, nie chodzi nawet o słynny mur, ale o osiedla nędzy, które jakimś dziwnym trafem izraelskiej władzy nie przeszkadzają.


Mimo wszystko stosunek Żydów do Arabów jest wyraźnie widoczny, nawet w takiej sytuacji, jak rozmowa z ochroniarzem na bramie do kempingu pod twierdzą Masada. Był młody, sympatyczny i całkiem rozgadany, kiedy okazało się, że nie możemy wjechać na kemping i będziemy musieli nocować na pustyni, powiedział że rano możemy wpaść do jego stróżówki na kawę albo herbatę i jakbyśmy mieli pytania, to chętnie pomoże. Dziwiłem się, że w przeciwieństwie do innych ochroniarzy, nie miał on broni palnej, zrozumiałem dlaczego dopiero wtedy, kiedy powiedział mi jak się na nazywa. Na imię miał Sulejman.


1 komentarz:

  1. Bardzo ciekawy wpis ;) Nie da się oderwać wzroku, z każdą linijką i zdjęciem byłam coraz bardziej ciekawa,tego co jest dalej opisane...no i musiałam przeczytać do końca...mimo, że na autobus to ja teraz chyba będę musiała biec ;))

    OdpowiedzUsuń