sobota, 17 maja 2014

Kreta, nasz ideał.

Miłość do Grecji czuję odkąd pamiętam. Kiedy jeździliśmy tam z rodzicami miałem ledwie kilka lat, i była to dla mnie kraina niemal baśniowa, pełna kolorów, zapachów, zupełnie różna od rzeczywistości schyłkowego PRL z której pamiętam przede wszystkim ustawianie się w piątek wieczorem w kolejce do mięsnego przy al. PKWN (dziś głęboka) w Lublinie, żeby następnego dnia rano być może kupić trochę szynki, a także zbieranie makulatury, żeby za nią dostać papier toaletowy, na którym często widać było jeszcze napisy z jego poprzedniego życia, kiedy był książką, czy gazetą.

Nie rozumiałem dlaczego na przykład w Polsce jest tak mało kolorowych zabawek, a modele samolotów do sklejania, które kupował mi tata, obejmowały zaledwie kilka maszyn, w dodatku wykonanych tak niedbale, że części, wbrew instrukcji, potrafiły do siebie zupełnie nie pasować. W Grecji po wejściu do sklepu zabawkowego dostawałem oczopląsu. Równie mocno fascynowało mnie greckie jedzenie oraz plaże, co pozostało mi do dziś. Nie bez znaczenia była też Mitologia starożytnej Grecji, Parandowskiego, którą znalazłem w domowej biblioteczce i przeczytałem z zapartym tchem "na raz". 



Do Grecji pojechałem trzy lata temu, z dziewczynami, po ponad 20 latach przerwy i okazało się, że nadal jest miejscem fascynującym, dlatego szybko tam wróciliśmy, o czym pisaliśmy tutaj: http://smartwithkids.blogspot.gr/2014/02/rok-2013-czesc-1-grecja.html

Tegoroczny nasz wyjazd na Kretę wypadł dość niespodziewanie, na początku marca trafiłem na tanie połączenie z Wrocławia do Chanii, w cenie nieco mniejszej niż 1200 zł za 4 osoby, ale zamiast kupować od razu, stwierdziłem że muszę przemyśleć sprawę, no i kilka godzin później, po przemyśleniu, bilety były już po 1550 zł, ale byłem tak zdeterminowany, że kupiłem. Tym bardziej, że podczas podróży wypadały urodziny Justyny i choć kupiona już była podróż urodzinowa (te bilety do Bratysławy, które rozdaliśmy na blogu), to decyzja mogła być tylko jedna. Poza tym Kreta miała być totalną niespodzianką, ale jako że nie jestem mocny w tym, żeby mieć tajemnice przed żoną, wszystko wypaplałem na początku kwietnia...

W Chanii wylądowaliśmy o 21.30 lokalnego czasu z cała masą Polaków, Boeing Ryanaira miał może  15 wolnych miejsc. Czekał już na nas pracownik wypożyczalni samochodów Europeo, którą jak na razie mogę polecić ze szczerego serca każdemu odwiedzającemu Kretę, za tydzień Kią Picanto zapłaciliśmy 460 zł, bez blokowania kaucji na karcie kredytowej i konieczności dopłacania za podkładki dla dzieci. Wszystko było wliczone w cenę, a na koniec dowiedzieliśmy się jeszcze, że auto ma pełen zakres ubezpieczenia, więc nawet jak skasujemy je w harmonijkę, to nic nie zapłacimy. Jedyna nowość w porównaniu do wypożyczalni, z których korzystaliśmy wcześniej, to odbieranie auta z pustym bakiem, doradzono mi żebym nawet nie próbował jechać na lotnisko po dziewczyny (odległość: 1 km), tylko od razu na pobliskiego Shella, zatankować. :)

Godzinę później dojechaliśmy do Pergamos Village, gdzie mieliśmy wynajęty apartament. Okazało się, że jesteśmy pierwszymi gośćmi w tym roku, więc właścicielka podjęła nas pysznym, zimnym Mythosem i długo gadaliśmy, nim w końcu pozwoliła pójść spać. A od rana następnego dnia zaczęliśmy zwiedzanie.





W porcie w Kissamos próbowaliśmy szukać łodzi płynącej na Antikythirę, niewielką wysepkę położoną ponad 30 kilometrów dalej, na północny zachód, miejsce bardzo urocze, w którym na dodatek znaleziono "antyczny komputer" - tak zwany Mechanizm z Antikythiry, który zobaczyć można w ateńskim muzeum. Niestety promy kursują co 3 dni, a my chcieliśmy by ta wycieczka była jednodniowa. Nie udało się nam też naleźć nikogo, kto za ludzkie pieniądze by nas tam zabrał, właścicielka naszego pensjonatu powiedziała, że w Chanii znaleźlibyśmy bez problemu transport za 200 euro, ale do wydania mieliśmy 100, a nie było większych szans na znalezienie kogoś, kto popłynąłby z nami, żeby cena na osobę była mniejsza. W porcie próbowano nas naciągnąć na rejs na piękną plażę Balos, w cenie jedynych 25 euro za osobę. Powiedziano nam, że na tę plażę nie da się dotrzeć inaczej, ale po krótkim zerknięciu do internetu okazało się to ściemą, bo na Balos prowadzi długa, wąska, kręta i wyboista, ale jednak droga. 

Szukając na chybił-trafił tawerny, by zjeść obiad, trafiliśmy do Kapitana, kilka kilometrów przed portem w Kissamos. Justynę zachęciły stoliki ustawione na nabrzeżu, kilka metrów od kołyszących się na falach kutrów rybackich, zamówiliśmy pyszną sałatkę grecką i souvlaki, a dziewczynki zjadły lody. Razem z colą, kawą i wodą mineralną bez problemu zmieściliśmy się w 20 euro.



Część pysznych souvlaków poszła na nakarmienie okolicznych kotów, których generalnie pełno jest w Grecji, a które tłumnie przybywają do każdego zajętego stolika, wiedząc, że zawsze jakiś przysmak się dla nich znajdzie.

Kolejnego dnia ruszyliśmy na południe wyspy, na plażę i małą wysepkę Elafonisi, do której można dojść brodząc zaledwie po kolana w morzu. Odległość zaledwie 60 kilometrów przejechaliśmy w niemal półtorej godziny, bo górskie serpentyny nie sprzyjały szybkiej jeździe, oferowały za to mnóstwo pięknych widoków.



Przy Elafonisi zaparkowaliśmy wśród mnóstwa samochodów, zastanawiając się, jak to miejsce musi wyglądać w szczycie sezonu, ale nic dziwnego, że każdy chce je zobaczyć, bo jest naprawdę wyjątkowe. 







Bardzo silne wiatry nie są na wyspach niczym niezwykłym, ale tego dnia wiało naprawdę mocno, ku uciesze kilku kiteboarderów, którzy nie dość że mogli osiągać naprawdę imponujące prędkości, to jeszcze skakali niesieni wiatrem, na wysokość trzeciego, czwartego piętra! Nas wiatr cieszył o wiele mniej, gdyż piasek smagał nas po ciałach dość silnie, dając uczucie małych ukłuć. Ale kolor morza, biała plaża, a miejscami nawet różowa wszystko nam wynagrodził.



Wracając z Elafonisi nie mogliśmy nie zajechać do pobliskiego klasztoru Chryssoskalitisa, miejsca pięknie górującego nad zatoką, w którym podczas tureckiej okupacji Krety, gdy nauka była zakazana, mieściła się nielegalna szkoła podstawowa dla okolicznych dzieci.





Jak wszędzie, tak i w klasztorze spotkać można mnóstwo pięknych kotów. Julia i Anastazja postawiły sobie chyba za cel, żeby pogłaskać i pobawić się z każdym, jakiego tylko zobaczą.




Wracając już, zajechaliśmy po drodze jeszcze do tawerny w małym miasteczku, którego nazwy zapomniałem, gdzie zjedliśmy jedną z najlepszych pizz, jakie udało się do tej pory trafić i pyszny gyros, który niby podawany jest z takim samym mięsem, jak w Azerbejdżanie, takimi samymi dodatkami (jogurt grecki, ogórek, pomidor, cebula, frytki), ale smakuje nieporównywalnie lepiej.

Ten wpis to tylko dwa pierwsze dni, które spędziliśmy na Krecie. W poniedziałek postaramy się dodać kolejny, tym razem z pałacu Knossos, Heraklionu i wizyty na Balos. A teraz uciekamy na basem, potem nad morze, a potem do pobliskiego miasteczka na spacer.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz