wtorek, 10 czerwca 2014

Bogaty kraj biednych ludzi. Podsumowanie.

Ostatnio nie piszemy często na blogu. Wszystko przez przygotowania do wyjazdu, które dają nam nieźle w kość. Pozostało nam jeszcze dokładnie 17 dni w Polsce i w tym czasie musimy pozamykać wiele spraw, wynająć nasze mieszkanie w Lublinie i znaleźć dla siebie coś na Gibraltarze, chociaż wcale nie jest to takie łatwe, bo ogłoszeń jest niewiele, a do tego większość dotyczy sprzedaży, nie wynajmu. Kolejną sprawą jest znalezienie szkoły dla dziewczynek...po prostu mamy co robić :)

Wraz z naszym wyjazdem zmieniać się będzie także ten blog. Przede wszystkim nowe posty będą pojawiały się już w języku angielskim, także stare będę tłumaczył w miarę posiadania czasu, ale zmieni się również wygląd bloga, mamy nadzieję, że na znacznie ładniejszy. A to dopiero za jakiś czas.

Tymczasem musimy zmierzyć się opisem ostatniego dnia w Krainie Ognia i podsumowaniem naszej wyprawy do Azerbejdżanu.

W dniu w którym opuszczaliśmy nasz apartament okazało się, że nie będziemy mieli zapewnionego transferu na lotnisko, jest on dodatkowo płatny i kosztuje bodaj 40 manatów (ok. 40 euro), oczywiście zrezygnowaliśmy i zostawiając plecaki na kilka godzin pojechaliśmy do Płonących Skał, czyli do Yanar Dag. Jak zwykle najpierw metrem, z jedną przesiadką, na stację Koroglu, obok wyjścia z której zatrzymują się marszrutki. Później marszrutką przez około pół godziny po przedmieściach i wzdłuż James Bond Oil Fields. Jeśli przyjrzycie się dokładnie zdjęciu, zobaczycie, że przy szybach naftowych, których wygląd i technika pracy zapewne niewiele zmieniła się od czasów, gdy oglądał je literacki Cezary Baryka, wciąż pracują ludzie.


Yanar Dag to ostatnia stacja marszrutki, więc nie należy obawiać się, że się ją przegapi. Po przeciwnej stronie od przystanku jest wejście, mało spektakularne, jak w przypadku wszystkich ciekawych miejsc w Azerbejdżanie. Same Płonące Skały to kilkumetrowej długości porowata skała, przez pory której wydobywa się na powierzchnię metan, towarzyszący wszechobecnym złożom ropy naftowej. 


Cała okolica spowita jest silnym zapachem gazu i spalin, a płomienie, choć niewysokie, mają bardzo wysoką temperaturę, przez co stanie w pobliżu po krótkiej chwili robi się po prostu niemożliwe. 


Obok skał stoi budynek w którym kiedyś mieściła się restauracja, teraz nieczynna. Sam budynek traktowany jest ze "wschodnią troską", przez co stanem zapuszczenia przypomina zabudowania z naszych pegieerów. Po 15 minutach w zasadzie moglibyśmy już wracać, ale do odlotu, który był w środku nocy, pozostało nam jeszcze sporo czasu, więc przeszliśmy się po okolicy. Okazało się, że Yanar Dag nie jest ogrodzony, więc gdyby komuś żal było 2 manatów na bilet wstępu, to może przejść dookoła nic nie płacąc. Kilkaset metrów dalej, opodal sporej owczarni, Julka zauważyła pasącą się klacz ze źrebakiem i naprawdę bardzo trudno było wyperswadować jej podchodzenie do koni i próbę przejechania się na źrebaku :)


Po powrocie do Baku odebraliśmy plecaki, pokręciliśmy się jeszcze po centrum miasta, a później pojechaliśmy metrem na stację 28 maja, zjeść ostatniego pysznego kebaba i szukać marszrutki na lotnisko Heydara Alijewa, przy okazji na stacji oddałem magnetyczną kartę pre-paid do metra, za co dostałem z powrotem 2 manaty. Na lotnisko dojechaliśmy około 21:00, z zamiarem wejścia od razu do strefy międzynarodowej, co nam się niestety nie udało, strażnicy powiedzieli, że nie i już, mogliśmy wejść tam dopiero na dwie godziny przed odlotem. W końcu przyleciała nasza Landrynka i o 5:00 lokalnego czasu byliśmy już w drodze do Budapesztu.



W przypadku Azebejdżanu na szczęście udało się nam na miejscu wydać znacznie mniej pieniędzy, niż w Izraelu, choć po podliczeniu wszystkich kosztów i tak nie było bardzo tanio, głównie przez wizy (tego się uniknąć nie dało) oraz nocleg (mogliśmy znaleźć tańszy, ale rezerwowanie przez booking.com dawało znacznie większe bezpieczeństwo). Bilety lotnicze kosztowały nas 870 złotych, wizy 1070 złotych, dojazd na lotnisko w Budapeszcie i z powrotem, oraz parking, 580 złotych. Na miejscu wydaliśmy 1930 złotych na noclegi oraz 1150 złotych na "życie". Tak więc 8 dniowa w sumie wyprawa do Krainy Ognia zamknęła się kwotą 5600 złotych. Jak zwykle płatności były rozłożone w czasie, bilety lotnicze kupiliśmy w lutym, a wizy w marcu, więc bolało to mniej, niż gdyby trzeba było zapłacić na raz. 

A sam Azerbejdżan? To państwo wewnętrznej sprzeczności, które chyba nie może się zdecydować, czy jest zapatrzonym w zachodnią Europę i USA, opływającym w luksusy, nowym Dubajem, czy historyczną częścią Szlaku Jedwabnego, miejscem bogatym historią i tradycją.


Nierówny podział dóbr i nierówności społeczne w Baku biją po oczach. Drogie samochody przejeżdżają obok zgarbionych "babuszek", które od rana do wieczora sprzątają stolicę ze śmieci, które rzuca się tutaj gdzie popadnie, niekoniecznie do śmietników oraz z pyłu, który wiatr nawiewa codziennie z okolic stolicy. "Babuszki" pracują ciężko przez cały dzień, ale ich ubrania nie są oni trochę lepsze, niż to co mają na sobie równie stare żebraczki, nienachalnie proszące o datki przechodniów w centrum miasta.



Parcie na luksus wśród młodych ludzi jest ogromne, podejrzewam że gdyby policzyć wszystkie zegarki Emporio Armani i innych drogich marek, które wiszą na nadgarstkach Azerom, mogłoby ich być więcej, niż te firmy wyprodukowały w swojej historii :) Ubrania także muszą od razu pokazywać, na co stać ich właściciela, dlatego najmodniejsze wydają się te, w których logo luksusowego producenta jest najbardziej widoczne. O dziwo, firmowe sklepy zawsze gdy przechodziliśmy obok, były puste, więc niemal cały blichtr i splendor mieszkańców stolicy zapewne jest made in china...




Mieszkańcy Azerbejdżanu są na szczęście pogodni, nie tylko ci ze stolicy, ale i z prowincji. Chociaż żyją w biedzie i bez większych szans na wyrwanie się z niej (jedyną szansą są łapówki), to są pogodni i uśmiechnięci. Ci których spotkaliśmy, w większości spoza Baku, starali się z nami porozmawiać chociaż chwilę, nawet jeśli po rosyjsku, czy angielsku potrafili sklecić ledwie kilka niezbyt poprawnych zdań. I wszyscy mówili o dumie z tego, że są Azerami.

O dziwo, "wiecznie żywy" prezydent Heydar Alijew jest niezwykle popularny wśród wszystkich. Jak pisałem wcześniej, jego portrety i cytowane wypowiedzi są niemal wszędzie, podobnie jak ulice, place, czy budynki nazywane jego imieniem.


Spośród wszystkich rzeczy noszących nazwisko prezydenta, najbardziej niezwykłe wrażenie robi  Centrum Kultury Heydara Alijewa, ukończone zaledwie 2 lata temu, zaprojektowane przez londyńską pracownię Zaha Hadid. Biel ścian widać z dużej odległości, a bryła budynku jest po prostu piękna.


Kultura jest zresztą widoczna w Baku niemal na każdym kroku i widać, że władze starają się, aby miasto właśnie przez jej pryzmat było postrzegane za granicą. Spotkania artystów, panele, wystawy - co krok można natknąć się albo na plakaty informujące o nich, albo na prace, które powstały podczas już zakończonych.


Z tym prezydentem Alijewem to jest ciekawa sprawa. Pokazywany jest jak ojciec narodu, mąż stanu, co najmniej zesłany przez opatrzność, ale nawet pobieżne wczytanie się w jego biografię pokazuje, że tak naprawdę wszystko to jest fikcją, mitem stworzonym przez syna, obecnego prezydenta Azerbejdżanu Ilhama Alijewa. Jego ojciec był bowiem generałem KGB za czasów Związku Radzieckiego, z korupcją walczył wyrokami śmierci, a kiedy został prezydentem niepodległego Azerbejdżanu, jego największym sukcesem było zawieszenie broni kończące otwartą wojnę z Armenią o Górski Karabach. I który wg. wikipedii na pytanie dziennikarza o kult swojej osoby odpowiedział "Ludzie mnie kochają, nic na to nie poradzę...". Bardzo chciałem wypytać Azerów o to wszystko, ale doszedłem do wniosku, że dla świętego spokoju lepiej ten temat w rozmowach pomijać.

Ale co tam były i obecny prezydent, w Azerbejdżanie jest wiele znacznie bardziej ciekawych rzeczy.

Choćby salony fryzjerskie, czyli Kisi Salonu, bardzo różne od tego, czym są one w Polsce. Przede wszystkim są one głównie dla mężczyzn i pracują w nich głównie mężczyźni. Takich Kisi Salonu jest mnóstwo, ale żaden z nich chyba nie narzeka na brak klientów, bo Azerowie, zwłaszcza ci młodsi, lubią być modnie ostrzyżeni, poza tym salony fryzjerskie spełniają także funkcje społeczne, można się w nich napić czaju i porozmawiać, nawet do późnych godzin nocnych. Zdecydowanie najciekawszą sprawą, są celebryci, którzy reklamują te salony, na czele z Bradem Pittem oraz Davidem Beckhamem, którzy jak sądzę ani nic o swojej azerskiej popularności nie wiedzą, ani tym bardziej nie mają z tego choćby złamanego quepika :)


Salon fryzjerski bez trudu można znaleźć także na stołecznym lotnisku Heydara Alijewa.


Azerowie dbają również o swoje samochody, bez względu na to, jakiej są one marki i jak postępujący jest ich stan rozkładu, są one myte bardzo często. Myjni samochodowych jest niemal tyle, co salonów fryzjerskich, a ci którzy nie mogą pojechać na myjnię, radzą sobie przy pomocy plastikowych butelek z wodą i szmatek. Myjnie zwykle połączone są w warsztatami samochodowymi, których wygląd bardzo różni się od tego, do czego my jesteśmy przyzwyczajeni i które w znacznej mierze wyglądają tak, jak na zdjęciu poniżej.


Wystarczy też jeden rzut oka na szyldy, żeby dowiedzieć się, jakie samochody są najpopularniejsze w Azerbejdżanie. W tym temacie wschód spotyka zachód :)



Mimo tego, jak bardzo nierównym i niesprawiedliwym państwem jest Azerbejdżan, mimo tego, że średnio czuła społecznie osoba po miesiącu przebywania tam zapewne stałaby się komunistą, my Krainę Ognia będzie wspominać przede wszystkim przez pryzmat wspaniałych ludzi, którzy tam mieszkają oraz historii i kultury tego kraju, która była tym bardziej ciekawa, im więcej wymagała trudu związanego ze znalezieniem jej pod warstwą zachwytu wszystkim co nowoczesne, drogie i najlepiej złote.




Czy jeszcze wrócimy do Azerbejdżanu? Mam nadzieję, że tak, bo została tam jeszcze bardzo wiele do zobaczenia. Bardzo chciałbym też następnym razem połączyć wyprawę do Azerbejdżanu z podróżą promem przez Morze Kaspijskie, do sąsiedniego Turkmenistanu, nota bene kolejnej azjatyckiej satrapii, w której obowiązuje kult "ojca narodu" - Turkmenbaszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz