sobota, 21 czerwca 2014

Norwegia +Szwecja cz 2


To był drugi wylot z naszego lubelskiego lotniska. Powinien być w zasadzie trzeci, ale półtora roku temu kupiliśmy bilety na tygodniowy pobyt w Oslo, a potem patrząc na to, ile musielibyśmy tam wydać, odpuściliśmy. Na szczęście nie straciliśmy wiele, bo bilety były w promocyjne cenie, po 8 złotych w obie strony.

Na lotnisko Justyna przywiozła nas na 1,5 godziny przed wylotem. Potem tylko pożegnanie, bo nie leciała z nami i szybko przeszliśmy przez kontrolę do części międzynarodowej.



Początkowo myślałem, że pasażerów nie będzie zbyt wielu, ale ostatecznie zeszło się ich tyle, że prawie wszystkie miejsca były zajęte. Lot był bardzo spokojny, nie licząc Anastazji, która przez cały czas miała mi cóś do powiedzenia. Kiedy dotarliśmy na miejsce, poprosiliśmy jeszcze ładnie kapitana, żeby wpuścił do kokpitu dziewczynki.


Kiedy wychodziliśmy z terminalu, zaczęło padać... Już widziałem oczyma wyobraźnie problemy z rozbiciem namiotu, na całe szczęście jak tylko zadzwoniłem do Justyny żeby się poskarżyć, zaczęło się przejaśniać. Niestety darmowy autobus z lotniska na pobliski dworzec kolejowy okazał się darmowy tylko jeśli ma się bilety na pociąg. Ruszyliśmy więc na piechotę, z zamiarem złapania stopa przy głównej drodze, ale nie było nam dane do niej dojść. Po około 500 metrach od lotniska zatrzymała się przy nas taksówka, a młody kierowca zaproponował, że zabierze nas za darmo! Świetnie nam się udało, w Sandefjord byliśmy po kilku minutach, a po kolejnych kilku wiedzieliśmy już, gdzie chcemy nocować - na wzgórzu nad miastem. Widok z niego był naprawdę świetny, ale namiot rozbiłem nieco koślawo, bo miejsc w których było płasko i dawało się wbić szpilki do agrowłókniny było naprawdę niewiele. Ale udało się i bez problemu przespaliśmy noc, która zaczęła się zmrokiem po północy i podczas której nawet przez chwilę nie było całkiem ciemno.




Wstać musieliśmy bardzo wcześnie, o 6:00 rano, żeby zdążyć na 7:00 do portu. Prom do Stromstad odpływał o 8:00, mieliśmy więc dłuższą chwilę na pożądanie sobie o tym, jak nam fajnie na wyjeździe bez mamy ;) Na 15 minut przed planowym odbiciem od brzegu mogliśmy wreszcie wejść na pokład.


Rejs trwał 2,5 godziny i w tym czasie oglądaliśmy na zmianę piękne widoki za burtą oraz pasażerów robiących ogromne zakupy, przede wszystkim alkoholu, w sklepie wolnocłowym. Dziewczyny dostały kolorowanki i kredki, więc nie nudziła nawet kiedy już zwiedziliśmy cały prom.








Cumując, przetestowałem dziewczyny na mówienie "i cóż, że że Szwecji" i Nastce wychodziło to o wiele lepiej niż Julii, poza tym była kupa śmiechu. Zeszliśmy z promu, pogoda była idealna do spacerowania, słonecznie, ale nie gorąco, co ważne dla tych, którzy mają ze sobą plecaki. Oczywiście pierwszym miejscem, w jakie zaciągnęli mnie dziewczyny, był płac zabaw, na którym była jeszcze jedna Polska rodzina, ale nie pogadaliśmy, chyba nieszczególnie mieli ochotę nawet się przywitać... Potem spacerowaliśmy brzegiem i po miasteczku, w końcu trafiliśmy do pizzerii w poszukiwaniu pizzy, wifi oraz gniazdka z prądem. Od ponad 3 godzin jesteśmy w Stromstad, wracamy rejsem o 18:00, z powrotem do Sandefjord.









Zobaczymy, jak będzie wyglądała pogoda na miejscu, w Norwegii. Jeśli będzie ładnie, to szukamy nowego miejsca na namiot, a jak będzie padało, to chyba przenocujemy w miejscu, które znaleźliśmy przez internet. Cena lekko odstrasza, bo to 850 zł za dwa noclegi, ale jeśli pogoda będzie wybitnie kiepska, to chyba nie będzie wyboru... Ale jesteśmy dobrej myśli :)










1 komentarz:

  1. Rzeczywiście namiot słabo rozbity, ale widok z miejscówki piękny :)

    OdpowiedzUsuń