poniedziałek, 23 czerwca 2014

Norwegia + Szwecja, cz. 3. Wracamy.

Kiedy płynęliśmy ze Szwecji z powrotem do Sandefjord, było trochę niepewności co do pogody, bo prom przed dziobem miał ciemne, burzowe chmury, które jednak na szczęście szybko uciekły, a na miejscu było słonecznie i ciepło. Wpływając do fiordu mogliśmy podziwiać piękne domy leżące nad wodą, dzieciaki przy każdym mijanym krzyczały, że chcą mieć taki, tylko nie w Norwegii, najlepiej w Grecji, albo Hiszpanii, żeby nie było deszczów i śniegu.





Kiedy potem oglądaliśmy ogłoszenia w lokalnej agencji nieruchomości, okazało się, że takie domki zaczynają się od 3 milionów złotych, a te lepsze, z większą działką, to 5 milionów i w górę...  

Ale udało się nam zauważyć jeszcze jedną fajną rzecz, drakkar i grupę reenactorów "robiących" epokę wikińską, na jego pokładzie. Statek był dość daleko, więc ciężko było ocenić "koszerność" ich strojów oraz ekwipunku, ale z odległości prezentowali się nieźle. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie holowali za sobą współczesnego pontonu, ale wiadomo, safety reasons... ;)


Po zejściu z promu bardzo szybko znaleźliśmy nowe miejsce na namiot, tym razem na wzgórzu kawałek na północ od miasta, skąd też mieliśmy świetny widok na fiord i gdzie płaskiego miejsca na namiot było znacznie więcej.


Po całym dniu wrażeń dziewczyny były maksymalnie zmęczone, więc nie przejmując się za bardzo najdłuższym dniem w roku, szybko zasnęły. Nie wiem dokładnie do której było jasno, sam zasnąłem chwilę po północy i wtedy jeszcze było naprawdę bardzo daleko od ciemności.


Plan na kolejny dzień był bardzo prosty: najpierw idziemy na basen, potem na obiad do fast fooda, a później dalej zwiedzamy okolicę. Okazało się jednak, że ten dzień miał być dla nas pechowy... Zaczęło się od naszego aparatu, po zrobieniu jednego zdjęcia zepsuła się migawka, już zacząłem myśleć ile będziemy musieli wydać na nową lustrzankę, ale nie zważając na nie poszliśmy dalej. Było daleko, kilka razy musieliśmy pytać o drogę, po ponad godzinie doszliśmy do pięknego parku, w którym znajduje się kilka stawów, boisko, korty tenisowe, bieżnia, a także zamknięty na okres wakacji basen... Dziewczyny były niepocieszone, ja też, bo miałem nadzieję, że przy okazji wszyscy umyjemy się po tych 3 dniach w Norwegii, kiedy czyściliśmy tylko ręce i zęby. No ale trudno, najwyżej w samolocie sąsiedzi powiedzą, że czuć backpackersami ;)

Na pocieszenie, opuszczając już park, trafiliśmy na sporej wielkości bunkier, wyglądający na drugowojenny. Za chorobę nie mogłem dojść, czego on miał kiedyś bronić.


Po powrocie do centrum posililiśmy się w fast foodzie, za jakieś obłędnie pieniądze, 4 razy drożej niż w Polsce, zjedliśmy lody i zaczęliśmy wycieczkę po okolicznych placach zabaw, przy okazji co jakiś czas trafiając na bardzo fajne oldtimery, utrzymane w rewelacyjnym stanie!


Potem jeszcze raz weszliśmy na wzgórze - punkt widokowy nad miastem, żeby nagrać kilka filmików, z których złożymy jeden większy, dotyczący "naszej" Norwegii i Szwecji, a potem wróciliśmy do namiotu.

A dziś rano już tylko pakowanie i droga na lotnisko. Stopem podwiózł nas starszy Norweg, który opowiadał, że jak był młody, to zjechał stopem pół Europy, tylko z gitarą oraz śpiworem. Choć nie było mu po drodze, zawiózł nas pod sam terminal lotniska i stwierdził, że musi kiedyś przylecieć do Lublina. A teraz czekamy już na nasz samolot, za 1,5 godziny powinniśmy odlecieć, a po kolejnych 2, wylądować w Lublinie.



Update pisany już z domu.
Koszt 4-dniowego wypadu do jednego z najdroższych państw na świecie oceniam na baaaaardzo niski :)

Bilety na samolot kosztowały - 356 zł
Bilety na prom - 65 zł
Zakupy jedzenia na drogę - 50 zł
Jedzenie na pokładzie samolotu - 90 zł
3 obiady (Stromstad, Sandefjord i lotnisko Torp) - 280 zł
Inne zakupy - 70 zł

W sumie: 911 złotych za 4-dniowy wypad Norwegia + Szwecja dla 3 osób, z własnym namiotem. A można jeszcze taniej, rezygnując choćby z kupowania jedzenia w samolocie. Jeśli ktoś byłby zainteresowany poradami praktycznymi, to zapraszam serdecznie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz