środa, 30 lipca 2014

Bad day (very bad)

Justyna się rozchorowała, od wczoraj ma gorączkę i zajmuje się głównie informowaniem mnie, jak bardzo źle się czuje, Julka też dostała gorączki i dołączyła do swojej mamy, tylko znacznie mniej narzeka. Anastazja na szczęście w porządku, bo jakby jeszcze ją dopadło, to chyba bym się zamknął gdzieś, żeby przeczekać do końca tego głupiego dnia...

W sumie to nie zaczął się źle, poza narzekaniem Justyny, ale szybko zrobiło się znacznie gorzej... Najpierw problemy związane z pracą. Tą teoretycznie mam od ubiegłego poniedziałku, kiedy dostałem propozycję, przyjąłem ją i myślałem, że zaraz będę zaczynał. Okazało się, że nie bardzo, bo choć już następnego dnia rekruterka napisała mi, że przygotowuje papiery niezbędne do podpisania umowy o pracę, to przez kolejny tydzień nie odzywała się w ogóle. Przedwczoraj nie wytrzymałem, napisałem pytając kiedy zaczynam, bo uznałem tę pracę za pewnik i nie wysyłałem już żadnych CV, odpisała mi, że najpóźniej w piątek, więc się zrelaksowałem.

No i dziś o 11:00 dostałem maila, żebym przyszedł jutro do firmy, bo szef chce porozmawiać ze mną, zanim podejmie ostateczną decyzję... Zgłupiałem troszkę. Dwa razy wyraźnie mówiłem i pisałem, że zależy mi na tym, żeby mieć pewną pracę, bo mając umowę mogę złożyć papiery na rezydenturę, zapisać dzieci do szkoły, a czasu żeby zdążyć z tym przed wrześniem jest już naprawdę niewiele. Z korespondencji mailowej jak byk wychodziło, że zaproponowali mi tę pracę i że niebawem zaczynam, a tutaj takie kwiatki. Już nie wiem co o tym myśleć, pójdę jutro i zobaczymy, mam nadzieję, że dostanę tę pracę, bo jak nie to będę miał tylko zmarnowane przez nich 2 tygodnie.

Żeby się nie stresować i odciążyć chorą Justynę od obowiązków przy dziewczynach, chciałem zabrać je do La Linea do McDonalda i parku linowego, żeby się troszkę wyszalały, a potem do Lidla, na zakupy. Schodzimy do samochodu, a tam takie kwiatki:


Or f... clamps. Wiedziałem, że to musiało nastąpić prędzej czy później, biorąc pod uwagę, że na naszym osiedlu miejsc parkingowych wystarcza dla połowy samochodów należących do mieszkańców, a w miejscu gdzie zaparkowałem Daćkę stoi zwykle wiele aut. Tym razem miałem pecha. Ja i jakaś pani, której Skoda też miała mandacik przyklejony do szyby, tyle tylko, że jej samochód była na gibraltarskich blachach, więc nie założyli jej blokady. A mój mandacik wyglądał tak:


Odesłałem dziewczynki do domu, myśląc że na zdjęcie blokady poczekam godzinę, w najlepszym wypadku i zadzwoniłem pod podany numer. Przyjechali bardzo szybko, chyba nawet 15 minut nie minęło, a ja w tzw. międzyczasie doczytałem drugi świstek. Na mandacie było napisane, że HM Governor Himself życzy sobie ode mnie £50 za złamanie przepisów, względnie £25, jeśli zapłacę szybko, zaś drugi papierek stanowił, że firma która obsługuje blokadę zuboży mnie o kolejne £60 za jej usunięcie z koła, względnie £30, jeśli zapłacę im szybko. 

Całe szczęście facet, który przyjechał był wyluzowany i powiedział, że nie skasuje mnie za zdjęcie blokady, bo to niesprawiedliwe że gibraltarczyk płaci mniejszą karę za takie same wykroczenia. Pogadaliśmy sobie chwilę i poradził mi, żebym się natychmiast odwołał od kary. Ponoć robią tak wszyscy, nawet jeśli przewinienie jest ewidentne i duża część ma karę anulowaną. Inaczej niż w Polsce, tutaj na sprzeciw od przyjętego mandatu jest 90 dni, w tym czasie zapłacona kara jest tak naprawdę depozytem, który policja przejmie tylko jeśli nie zgłoszę sprzeciwu, albo jeśli uznają sprzeciw za bezzasadny. Dopiero jeśli zakwestionuję bezzasadność sprzeciwu, sprawia trafi do sądu. Fajnie, tym bardziej że nawet jeśli się nie uda, to i tak nie płaci się więcej.

Wreszcie udało się wyjechać do La Linea i wszystko byłoby w miarę OK, gdyby nie to, że na granicy kolejka była na prawie godzinę czekania, a jak otworzyli nowe pasy dla oczekujących samochodów, to od razu wcisnęły się tam hiszpańskie cwaniaki, zajeżdżając innym drogę, trąbiąc i w ogóle zachowując się bardzo po hiszpańsku ;) Poczekaliśmy, ale obiecanego McD nie było, bo wszystkie parkingi w okolicy zajęte do ostatniego miejsca. Jedyne co się udało, to zrobić zakupy i pojechać na myjkę, żeby pozbyć się śladów po mewach.

Tak więc jutro o 11:00 mam rozmowę z CEO firmy, w której myślałem, że już pracuję.
Trzymajcie za mnie kciuki.

1 komentarz:

  1. Trzymamy za Cię kciuki. (Ja na przykład po takich dniach piję alkohol, bo to jest bardzo fajne zajęcie. ;)

    OdpowiedzUsuń