niedziela, 27 lipca 2014

Dos Españas

Dziś był naprawdę wspaniały dzień. Wycieczka do pobliskiej Tarify, najbardziej na południe wysuniętego fragmentu Europy, zaproponowana bladym świtem (czyli o 10.30), okazała się strzałem w dziesiątkę i przy okazji pokazała nam Hiszpanię zupełnie inną od tej, jaką do tej pory oglądaliśmy.

Ale najpierw kilka słów o dniu wczorajszym. W fajnej knajpce w La Linea spotkali się Polacy mieszkający na Gibraltarze i w okolicach, dzieci wyszalały się w większej grupie, a my pogadaliśmy trochę z rodakami, przy okazji trafiając na 3 osoby z Lublina (!!!), w tym jedną mieszkającą obok starego bloku Justyny. Przy okazji nasłuchaliśmy się kolejny raz o tym, jak "ciekawie" jest w La Linea, San Roque i okolicznych miastach, o tym że samochody na gibraltarskich blachach są regularnie demolowane, że mieszkając tam rowery nawet w domu warto przypinać do czegoś łańcuchami, bo jak złodzieje wiedzą, że ma się takie w domu, to się włamią, albo o tym jak łatwo dostać w mordę, jeśli się przez przypadek wieczorem, albo w nocy zapuści do dzielnic zamieszkanych przez biedotę, przede wszystkim spore grupy Romów... Do tego wszechobecny nawet nie brud, tylko syf i mamy świetny przepis na miasto, w którym strach mieszkać...

I powoli zaczynaliśmy uważać, że Hiszpania tak wygląda, tym bardziej że jadąc przez nią całą, z północy na południe, raczej nie widziałem miejsc zadbanych, schludnych. Na szczęście dziś, po godzinie przedzierania się przez okropne korki za Algeciras, dojechaliśmy do Tarify.


Pierwsze wrażenie - super. Wreszcie klimat śródziemnomorskiego miasteczka, a nie faweli! Urocze wąskie uliczki, zadbane domy, ślady przeszłości tego miejsca, pamiętającego dobrze neolitycznych osadników sprzed 4 tysięcy lat... Wszystko kolorowe, wszystko żyje, nawet wtedy kiedy jest czas siesty, większość sklepów, a nawet restauracji jest zamknięta i spokojnie oczekuje na 17.00 - 18.00 by znów otworzyć swoje drzwi dla chętnych.



Im dłużej spacerowaliśmy, chłonąc urok Tarify, tym bardziej cieszyliśmy się z naszego "odkrycia", od razu przyrzekając sobie, że za kilka dni tam wrócimy. Ale póki co, oglądaliśmy na całego, próbowaliśmy wejść na zamek, ale nadzialiśmy się na siestę i zamkniętą bramę, więc poszliśmy na pyszną pizzę do jednej z wielu uroczych knajpek.



Szybki look na ceny nieruchomości w Tarifie i...


...mieszkania z 2-3 sypialniami i 2 łazienkami w cenach od 70-90 tysięcy euro! No żesz ty...tylko sprzedawać nasze w Lublinie i kupować tutaj, szczególnie że (trochę drożej) trafić można lokale z ogromnymi tarasami, jeden taki widzieliśmy z zamkowej wieży i z zazdrości zrobiliśmy się po prostu zieloni :)


Ale skoro mówimy o zamku, prezentuje się on wspaniale. Niegdyś jego mury obmywały wody Przesmyku Gibraltarskiego, dziś w pewnej odległości od brzegu, ale wciąż monumentalny. Jak głosi inskrypcja w języku arabskim, znajdująca się nad wejściem, fortecę wzniesiono w 960 roku, na rozkaz kalifa Kordoby. 


Miała ona zapewne strzec brzegu przez fatimidzkimi rabusiami, których ziemie leżały po drugiej stroni Przesmyku. W dodatku zamek powstał na ruinach budowli znacznie starszej, bo pochodzącej z okresu rzymskiego, z końca II wieku naszej ery. 



Z wieży bez problemu widoczna jest linia brzegowa Afryki, nawet w dzień taki jak dziś, kiedy powietrze nie było szczególnie przejrzyste. Spod samego zamku odpływają też promy do marokańskiego Tangeru, podróż w jedną stronę trwa 35 minut, bilety RT dla 4 osób - 250 euro.


W jednej z zamkowych komnat odbywała się wystawa prac malarskich, generalnie były na dość niskim poziomie, ale przynajmniej Justynie udało się tam zrobić jedno bardzo fajne zdjęcie.


Przeszliśmy się także na Isla de las Palomas, czyli wysepkę opodal brzegu, do której prowadzi grobla i w pobliżu której są fenomenalne plaże, dosłownie zapchane ludźmi. Niestety, na wyspę nie weszliśmy, niegdyś była totalnie zmilitaryzowana, dzisiaj bunkry stoją puste, częściowo zamurowane, ale brama nadal jest zamknięta i okraszona znakami "nie wchodzić"... Ale widoki podczas spaceru wzdłuż plaży z krystalicznie czystą, lazurową wodą i tak były świetne.




Ika dostała w pewnym momencie napadu fotografowania tyłków :) Nie wiem o co chodzi, ale jakbym to ja zaczął robić takie zdjęcia, to był od mojej żony dostał ostrzegawczy strzał w tył głowy, albo nawet zakaz dostępu na jakiś czas, żebym sobie wszystko na spokojnie przemyślał. 




Nie udało się nam natomiast dotrzeć do rzymskich ruin, położonych 22 kilometry od Tarify, które podobno są bardzo okazałe, nawet jak na ruiny ;) i do których ponoć wstęp dla obywateli państw UE jest za darmo. Zostawiamy to sobie na następny raz, o którym już wiemy że będzie bardzo, bardzo niedługo. Nas przyciąga magia miejsca, dziewczyny mają obiecany rejs statkiem w poszukiwaniu takich niecodziennych zwierząt morskich jak wieloryby, orki czy delfiny, organizator gwarantuje spotkanie z nimi, albo darmowy bilet na następny rejs, więc jak tu nie skorzystać. I jak nie wrócić do miejsca, którego po prostu nie daje się wyrzucić z głowy?



Jak nie chcieć wrócić do miejsca, gdzie do dwóch wracających z plaży z gitarą dziewczyn podchodzi właściciel straganu, chwilę rozmawiają, po czym obie zaczynają dla niego grać i śpiewać?


A tak poza tym, wracając udało się nam odwalić niezły numer :)
Przegapiłem zjazd na Gibraltar, przejechałem jakieś 20 kilometrów za daleko, zanim zorientowałem się, że coś jest nie tak, że znam tą trasę i ona leci na Malagę, czyli bardzo nie tam gdzie trzeba. Gdy dojechaliśmy do domu Justyna zaczęła oglądać zdjęcia i co się okazało ? Gdy wracaliśmy, na skuterku jechała jako pasażerka jakaś dziewczyna i Ika zaczęła zrobić jej zdjęcia. Skuterek jechał szybko, więc musiałem go gonić, żeby udało się złapać jakieś fajne ujęcie. Ani Ika ani ja nie zwróciliśmy uwagi, że właśnie wtedy mijaliśmy zjazd na Gib, zobaczyliśmy to dopiero na zdjęciu i dostaliśmy symultanicznego ataku śmiechawy... Wszystko przez te tyłki ;)


1 komentarz: