piątek, 4 lipca 2014

Or clamps. Emigracja i pierwsze dni na Gibraltarze.

Or clamps. Albo blokada na koła.
Jakbyście spytali, z czym zawsze już będzie kojarzył mi się Gibraltar, to pewnie właśnie z takimi znakami, które tworzą całość wraz z permanentnym brakiem miejsc do pakowania na Skale. Samochody i skutery wykorzystują tutaj dosłownie każdy milimetr wolnej przestrzeni dla nich przeznaczonej, ale wystarczy zaparkować tam, gdzie nie wolno, by szybko pojawili się funkcjonariusze Her Majesty's Police i zabrali pojazd na hol, a jak się nie da, założyli blokadę.


Śmieszne to trochę, ale nie byłoby mi do śmiechu, gdybym musiał zapłacić 75 funtów za zdjęcie blokady, więc na wszelki wypadek staram się bardzo przestrzegać przepisów, a jeśli już muszę je złamać, to zgodnie z zasadą "when in Rome, do as Romans do", najpierw pytam Gibraltarczyków. I jeszcze nie było or clamps, chociaż to dopiero piąty dzień.

Ale cała przygoda z Gibraltarem zaczęła się niecałe pół roku temu.
Nie byłem fanem emigracji, przez wiele lat łudziłem się, że będzie lepiej, że trzeba tylko przeczekać kretynów u władzy, a ludzie normalni w oczywisty sposób pojawiać się będą w coraz większej ilości, wraz z coraz dłuższym stażem demokracji w Polsce. Głupie, nie?  ;)

W końcu jednak Justyna przekonała mnie, że trzeba wyjechać. Zdecydowaliśmy się chyba nawet nie z powodów ekonomicznych, bo radziliśmy sobie w kraju całkiem nieźle. Raczej dlatego, że Polska  zdecydowanie nie jest miejscem, w których chciałbym, żeby dorastały moje córki... Wkurwiało mnie strasznie to, że u nas kobieta "jak mówi, że nie chce, to wtedy właśnie chce" i że strój zgwałconej może być okolicznością łagodzącą dla gwałciciela. Że można przeżyć całe życie nie poznając żadnego murzyna/Żyda/pedała/ciapatego/feministki i tak dalej, a wiedzieć doskonale że to niecywilizowane bydło. Że policjant może nie przyjąć zgłoszenia o przestępstwie "bo nie", albo powiedzieć, że wolałby mnie nie ukarać mandatem, ale jest rozliczany z tego, ile dziennie przyniesie dochodu skarbowi państwa, albo że może pobić pałą prawie 70-latka, tylko dlatego że jest bezdomny, więc nikt się o niego nie upomni i pijany, więc z zasady nie ma racji, co widziałem na własne oczy. O naszym wspaniałym kościele, w tym znanych mi osobiście księżach, już nie wspominając...

No więc wyjechaliśmy. Niestety nie we czwórkę, jak od początku planowaliśmy, bo Justyna musiała dokończyć swoją pracę w Lublinie. Ale już w poniedziałek będziemy razem, chociaż to "już" dłuży się  nam niemiłosiernie, szczególnie Anastazji...


Tak wyglądało wnętrze "emigrowozu". Na szczęście nie zatrzymała nas drogówka, bo pewnie musiałbym się gęsto tłumaczyć, a i stówki mandatu bym chyba nie uniknął. W każdym razie wyjechaliśmy w piątek, 27 czerwca, zaraz po tym jak Julka odebrała swoje świadectwo. Mieliśmy zrobić wielką bibę pożegnalną, ale nie było kiedy... ledwo znalazłem czas, żeby z kumplami z ogólniaka napić się Perły i zjeść dobrą pizzę. Jechaliśmy w sumie niecałe 3 doby (niemal 3900 km), w warunkach partyzanckich, ale w dobrych humorach, po drodze zaliczając na nocki jeden hotel (we Wrocku) i dwa parkingi (pod Lyonem i 150 km na południe od Madrytu).



Obie dziewczyny w podróży były bardzo dzielne, udało się też nam zmniejszyć do minimum czas spędzony przy iPadach, na rzecz czytania książek (!!!), które zabrane na drogę w liczbie trzech doskonale wystarczyły. Spodziewałem się, że będzie gorzej, że będzie marudzenie, ale chyba Julka i Nastka w jakiś sposób wyczuły, że to nie jest zwyczajna podróż i nie dość, że czas płynął szybko, to i przyjemnie.

W końcu, na chwilę przed dotarciem do miasta La Linea, w którym znajduje się granica między Hiszpanią, a Gibraltarem, umyłem się cały w umywalce na stacji benzynowej i założyłem świeżutkie ubranie, żeby nie przestraszyć pani z agencji nieruchomości, z którą mieliśmy sfinalizować najem mieszkania. A potem stanęliśmy w kolejce do przejścia granicznego.


Oczekiwanie trwało około 30 - 60 minut, nie pamiętam dokładnie, bo po zrobieniu takiej trasy byłem półprzytomny i cała rzeczywistość działa się gdzieś obok mnie. Na kolejkę nie mam zamiaru narzekać. Po pierwsze wyobrażałem sobie to znacznie gorzej, a po drugie doskonale pamiętam czekanie po 12 godzin i więcej, na granicach między "demoludami", gdy z rodzicami jeździliśmy na wakacje do Grecji, więc tutaj była to tylko chwilka. A potem już krótka rozmowa z policjantem po gibraltarskiej stronie (naprawdę był tak uprzejmy, jak głosi fama dotycząca "Bobbies") i... Skała.


Z kolejnych kilku godzin naprawdę pamiętam niewiele. Na pewno podpisywałem jakąś umowę, płaciłem za mieszkanie, a potem nosiłem mnóstwo ciężkich i nieporęcznych rzeczy na trzecie piętro, ale jak to było dokładnie, to nie wiem :)  Reszta dnia upłynęła bardzo szybko, nawet się nie zorientowałem kiedy zapadł zmrok.

Poznawanie nowego home sweet home.
We wtorek rano przyszli dwaj umówieni fachowcy, dokończyć wymianę rolet i poprawić kilka pierdółek w mieszkaniu. Jannine powiedziała mi, że to Marokańczycy, z których jeden nie zna angielskiego w ogóle, drugi tak troszeczkę, więc przywitałem ich "salam alejkum" i po chwili na ich twarzach  zobaczyłem uśmiech, a kiedy na pożegnanie powiedziałem "szukran", w ten sposób wykorzystując znaczną cześć zasobu słownictwa arabskiego (reszty, jak "jalla", czy "habibi", wolałem nie używać), zaskarbiłem sobie chyba ich sympatię, bo kiedy kolejnego dnia przyszli dokończyć prace, obaj mówili już do mnie "boss" :) 

Oglądanie Gibu zaczęliśmy oczywiście od najbliższej okolicy.


Gibraltar to w zasadzie jedno wielkie umocnione stanowisko artyleryjskie. Na pytanie, gdzie stały tam armaty, odpowiedź powinna brzmieć: wszędzie. Tylko na kilkusetmetrowym odcinku Rosia Road było 7 baterii, każda po co najmniej 3 armaty, a między nimi jeszcze niewielka forteca osadzona na skale, również pełna otworów strzeleckich, na której obok siebie powiewają flagi Gibraltaru, oraz Union Jack, Zjednoczonego Królestwa. Na Rosia Road oczywiście rosną też róże.


Mieszkamy na zamkniętym osiedlu, którego najbardziej charakterystyczną cechą jest codzienna walka o skrawki przestrzeni parkingowej. Walka jest ostra do tego stopnia, że doradzono mi, żebym nie mając naklejki - zezwolenia na parkowanie, nie zostawiał samochodu nawet na 15 minut, bo ktoś się wkurzy, że mu zająłem miejsce, zadzwoni po ochronę i będzie... or clamps :) Teraz mam już parking permit, więc postawiłem auto w dobrym miejscu, a po Gibie chodzimy z dziewczynkami piechotą. Trochę to męczące, zwłaszcza w południowym słońcu, ale biorąc pod uwagę, że szukanie miejsca parkingowego w centrum potrafi trwać pół godziny, to chyba jest lepsze rozwiązanie.

Jako że jesteśmy w części Zjednoczonego Królestwa, typową Wielką Brytanię widać tu na każdym kroku.



I wszystko jest JKM (nie, nie Janusza Kurwina-Mikke). Wojsko, policja, straż pożarna, pogotowie ratunkowe, nawet na tablicach informacyjnych przy budowach znaleźć można litery HM, żeby każdy wiedział, że Gibraltar jest naprawdę Her Majesty's, co jego mieszkańcy zresztą z dumą przyznają. Oczywiście Anglicy zajęli te tereny przemocą, potem dopiero otrzymując na to papier od hiszpańskiego króla, przymuszonego trudną sytuacją państwa. Jednak trzeba przyznać, że tutejsi ludzie są Brytyjczykami i nie mają najmniejszej ochoty na przyłączenie Gibu do Hiszpanii, o co premier tej ostatniej zabiega tym intensywniej, im większe wewnętrzne problemy chce w taki sposób przykryć... Kilka osób z którymi rozmawiałem wskazywało też, że Hiszpania bardzo chce przyłączyć Gibraltar, jednocześnie niekoniecznie oddając Ceutę i Melillę, dwie enklawy w Afryce Północnej, o zwrot których zabiega Maroko.

Jak przystało na terytorium Wielkiej Brytanii, Skała jest bardzo mocno multi-kulti.


Arabowie żyją tutaj bez problemu obok ortodoksyjnych Żydów, nie ma między nimi zapewne głębokiej sympatii, ale na placu zabaw widziałem bawiących się razem chłopców w jarmułkach oraz ich kolegów o ewidentnie afrykańskim kolorze skóry, a tym samym czasie na ławeczce obok siedziały mamy, z których jedna nosiła kolorowy hidżab. W ogóle placów zabaw jest sporo i to bardzo fajnych, choć niestety małych.



Mały jest też gibraltarski park, choć urządzono go tak, że wydaje się, jakby miejsca było o wiele więcej, poza tym trawnik, angielskim zwyczajem, utrzymywany jest na nim w idealnym stanie, przystrzyżony i czysty, zaprasza każdego potrzebującego chwili wypoczynku.


Nie mając zbyt wiele miejsca na nowe budynki, Gibraltar rośnie w górę, dobudowywane są nowe piętra, zaś niedawno wzniesione bloki bez wyjątków są kilkunastopiętrowe, wszystko w imię tego, by na ciasnej przestrzeni zmieścić jak najwięcej ludzi. 


Choć dzisiaj już piąty dzień naszego pobytu, wciąż jeszcze nie widzieliśmy najważniejszych rzeczy na Gibie, nie byliśmy na szczycie Skały, czyli jednym ze Słupów Heraklesa, dziewczyny nie widziały słynnych małpek, które na górze mają swój rezerwat i które podobno potrafią wskoczyć człowiekowi na plecy, rozpiąć zamek błyskawiczny plecaka i sekundę później uciekać już z jedzeniem. Czeka też na nas zamek zbudowany przez Maurów, no i naturalne plaże po wschodniej częściej Skały, bo ta niedaleko nas jest sztuczna, choć jej plusem jest świetny basen dla dzieci, w którym Julka i Nastka uwielbiają się kąpać. Wszystko przez upał, do którego musimy się przyzwyczaić i przez formalności, jakie musimy załatwić, choć dzisiaj została mi już na szczęście ostatnia wizyta, żeby podpisać na siebie umowę na energię elektryczną.

Od poniedziałku, kiedy przyleci do nas Justyna, zaczynam poszukiwanie pracy, mam nadzieję, że niezbyt długie, bo musimy szybko wyrobić sobie gibraltarskie ID, żeby dziewczynki mogły bez problemów od września pójść do szkoły, mam nadzieję, że tej najbliższej nam - St. Joseph's, która podobno ma bardzo wysoki poziom.

Na pewno będziemy tutaj przez rok, a co potem? Jeszcze się nie zastanawialiśmy, chociaż propozycji jest kilka, na przykład przeprowadzka na rok na portugalskie Cabo Verde, albo Dominikanę (kiedy poduczymy się już trochę hiszpańskiego), żeby pracować tam z dziećmi, inna opcja to kupno domu na którejś z greckich wysp, korzystając z niskich cen spowodowanych kryzysem. Nie wykluczone też, że zostaniemy na Gibraltarze na dłużej. Ale póki co po prostu cieszymy się, że jesteśmy tutaj.



Dla mnie jednym z największych powodów do radości jest to, że mogę tutaj kupować mój ulubiony gatunek Coli, który w Polsce niestety jest niemal niedostępny.


Poza całym Gibraltarem, który musimy poznać, jak własną kieszeń, do zwiedzania będziemy mieć też sporo ciekawych miejsc w La Linea, choćby bunkry z okresy drugiej wojny, stanowiska archeologiczne, które widzieliśmy z samochodu, czy piękne plaże. Oraz całą resztę Hiszpanii i Portugalię, do której planujemy nasz pierwszy wyjazd (niestety Afryka na razie została odłożona na potem, z powodu epidemii gorączki krwotocznej Ebola). A na dzisiaj, na zakończenie, jeszcze raz  dla Was wszystkich symbol Gibraltaru, czyli or clamps. I gorące pozdrowienia z samego końca Europy! :)




3 komentarze:

  1. Uważam, że ta przeprowadzka to na prawdę dobra decyzja. W Polsce nigdy nie będzie lepiej, bo na scenie politycznej nie ma nikogo "przyzwoitego", więc trzeba uciekać stąd czym prędzej. Jestem przekonana, że Wam się powiedzie... Nie mogę doczekać się odwiedzinek ;))

    OdpowiedzUsuń
  2. Trzymam za Was kciuki i ślę buziaki :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie widzieć Polską rodzinkę na skale! i do tego taką 'turystyczną' :) Razem z przyjaciółką i 8 letnią labradorką przyjechałyśmy tutaj 2 msce temu naszym osobistym emigrowozem z Gdańska. Póki co mieszkamy zagranico - La Linea ale wrażenia mamy równie pozytywne! Gratuluję ślicznych córek y saludos desde España :)

    OdpowiedzUsuń