środa, 16 lipca 2014

Z drugiej strony.

Czwartek, 26 czerwca.
Nad Lublinem po kilku tygodniach ulew w końcu świeci słońce, wszystko wokół nabiera pełniejszej barwy. Drzewa są bardziej zielone, niebo jest bardziej błękitne, na rabatce róże bardziej czerwone. A ja siedzę w pracy zakopana pod stertą dokumentów, które do jutra muszę opisać, posegregować, dać do zaksięgowania. Michał co chwila dzwoni z domu kiedy będę, bo jeszcze mieszkanie trzeba przygotować do wynajęcia. Wynieść wszytko, popakować to co zabieramy, posprzątać. Jesteśmy coraz bardziej nerwowi, coraz bardziej zrezygnowani i coraz bardziej załamani. Z pośpiechu w pracy co drugą rzecz pieprzę. To zadrukuję ważną fakturę, to nie zapiszę przed zamknięciem jakiegoś istotnego dokumentu, to nie mogę znaleźć kilku groszy w raporcie. Kolejny telefon od męża, chyba 15 tego dnia.
 - Justyna nie damy rady! 7 lipca jest tani lot do Malagi. Ja z dziewczynkami pojadę jutro, a Ty przygotujesz biuro do zamknięcia i ogarniesz dom dla lokatorów.
Z jednej strony kamień spadł mi z serca, a z drugiej poczułam ściśnięte gardło i łzy popłynęły mi po policzku. Wiedziałam, że to jest jedyne rozwiązanie, ale nie chciałam rezygnować ze wspólnej podróży przez całą Europę, którą planowaliśmy od pół roku. Która miała być naszą wspólną drogą, drogą do nowego życia. Rytuałem przejścia, podczas którego mieliśmy pożegnać stare i przywitać nowe, a co najważniejsze zrobić to razem. W obliczu takiej decyzji rzuciłam wszystko co robiła w pracy i pojechałam do domu. Jeszcze raz przedyskutowaliśmy to ustalenie. Bilet kupiony. Klamka zapadła. Dla rozluźnienia atmosfery, żartujemy, że to wszytko przez to, że już mamy południowe podejście i mimo, że wiedzieliśmy o zbliżającym się dniu wyjazdu to i tak zawładnęła nami "maniana". Zaczęliśmy się pakować, segregować rzeczy, na te które jadą z nami, na te które magazynujemy do ewentualnego powrotu, te które możemy oddać i te które wylądują w koszu. Niesamowite jak wiele niepotrzebnych rzeczy mieliśmy w domu. Z każdym znoszonym pudłem do śmietnika zastanawiałam się po co to trzymaliśmy, po co nam było tyle przedmiotów, po co wydawaliśmy pieniądze na niepotrzebne rzeczy, po co zaśmiecaliśmy sobie przestrzeń tyloma  gratami? Tak samo jak zaśmiecamy sobie głowę niepotrzebnymi myślami. Wątpliwościami, które hamują nas przed podejmowaniem decyzji, które sprawiają, że oceniamy się bardzo surowo, wmawiamy sobie, że na pewno nie damy rady, że lepiej nie brać się za spełnianie marzeń bo i tak się nie uda, a do tego jeszcze tyle pracy, zaangażowania i czasu trzeba w to włożyć. Tak, dokładnie. Bo spełnianie marzeń nie jest łatwe. Trzeba często podejmować trudne decyzje, stawiać wszystko na jedną kartę, zapominać o rozsądku i podejmować ryzyko.
Piątek, 27 czerwca.
Pakujemy samochód, kilka walizek, kilka pudeł, parę worków. Rowerek stacjonarny - przedmiot naszego sporu. Dopychamy samochód zabawkami i paroma książkami. Niestety nie wszystko się mieści. Gitara zostaje. Kombiak załadowany pod sam dach, śmiejemy się, że dobrze, że nie jadę bo i tak bym się nie zmieściła. Choć wcale nie było mi do śmiechu, co chwila wycierałam ręką mokre policzki. Przytulanie, buziaki i już cała trójka w samochodzie. Właściwie cała to jest czwórka. Tylko, że ja zostaję. A razem ze mną zostaje uczucie rozżalenia, zostaję też sama z wątpliwościami. Bo to nie jest tak, że ich nie mieliśmy, że nie pojawiały się obawy, że nas nie ogarniał strach. Ale jak byliśmy razem mogliśmy wzajemnie dodawać sobie otuchy, pocieszać, zapewniać, że na pewno damy sobie radę. Teraz musiałam sobie poradzić sama. Dobrze, że nie miałam zbyt wiele czasu na rozmyślania, ale jak tylko pojawiała się jakaś dręcząca myśl powtarzałam sobie "Bój się i rób", bo strachu nie można się pozbyć, ale można go oswoić.
Nie martwiłam się tylko o to, że Michał sobie poradzi z dziewczynkami podczas trzydniowej podróży. Bo Michał to super tata. Lubi z dziewczynami spędzać czas, zarażać je swoimi pasjami i pomagać im w rozwijaniu ich własnych. Potrafi świetnie z nimi rozmawiać, wzbudzać zainteresowanie otaczającym światem, a gdy trzeba to odpowiednio pocieszyć i zmotywować. Nie ma też problemu z codziennymi obowiązkami. Nie zapomni o tym, że trzeba dać dzieciom jeść, przypomnieć o umyciu rąk i zębów, zadbać, w miarę możliwości o ich komfort i wygodę. Nie wpada w panikę na myśl o spędzeniu samemu z dziećmi kilkunastu dób.  Dziewczynki natomiast uwielbiają słuchać różnych ciekawostek opowiadanych przez tatę, grać z nim w gry, żartować i zawierać pakty, szczególnie przeciwko niektórym potrawom serwowanym przeze mnie.
10 dni rozłąki strasznie się dłużyło. Ale miałam czas, żeby zamknąć wszystkie ważne sprawy. Miałam też czas na pożegnania. Pożegnałam się z mieszkaniem, które zostawiłam zupełnie z nas wyczyszczone. Zanim zamknęłam za sobą drzwi, położyłam rękę na ścianie żeby jeszcze przez chwilę doznać jego przyjemnego chłodu i energii.  Poczułam wdzięczność za 10 wspólnie spędzonych lat w naszym domu. Za wszystkie dobre chwile, ale i te gorsze dzięki którym lepiej się poznawaliśmy i uczyliśmy się razem pokonywać wszelkie przeszkody. Pożegnałam się z Lubelską Starówką, która w blasku porannego słońca miała jeszcze więcej uroku niż zazwyczaj. Pożegnałam się z Kazimierzem Dolnym, z ulubioną plażą nad Wisłą, Rynkiem Żydowskim i Korzeniowym Dołem. Pożegnałam się z przyjaciółką (z nią to w sumie trzy razy się żegnałam). Pożegnałam się z rodziną i z ciężko chorym tatą, którego mogę już nie zobaczyć.
Niedziela, 6 lipca.
Słońce dalej świeci, żar się leje z nieba. Pogoda jakby chciała mi pokazać, że nie muszę przemierzyć prawie czterech tysięcy kilometrów, żeby cieszyć się słoneczną aurą. Ale teraz nie ma już odwrotu. Wsiadam w rozgrzany metalowy pociąg. Parno. W duchu się śmieję - no to mam aklimatyzację. Ruszamy, w wagonie wreszcie powietrze zaczyna się poruszać. Długo stoję w oknie, chłonę zieleń z pól, łąk i lasów bo wiem, że takiej intensywnej, soczystej barwy nie zobaczę na południu Europy. Słońce zachodzi, a ja jeszcze chcę zobaczyć rzeki pełne słodkiej wody. Mijamy Wisłę. Zasypiam.
Poniedziałek, 7 lipca.
Lotnisko. Lot. Lotnisko. Nareszcie razem :) Szybkie zakupy,  pierwsze zdanie zamienione po hiszpańsku. Chwilę ponad godzinę i jesteśmy na Gibraltarze. Tylko ta skała w moich wyobrażeniach jakoś inaczej była zorientowana. Michał przenosi mnie przez próg. Jesteśmy u siebie.



3 komentarze:

  1. Strasznie smutny wpis ;( z resztą utożsamiam się z Tobą.

    OdpowiedzUsuń
  2. nowy poczatek :) trzymam mocno kciuki!!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Do Sosny Polskiej

    Gdzie winnice, gdzie wonne pomarańcze rosną,
    Ty domowy mój prostaku, "lubelska" sosno,
    Od matki i sióstr oderwana rodu,
    Stoisz, sieroto, pośród cudzego ogrodu.

    Jakże tu miłym jesteś gościem memu oku,
    Bowiem oboje doświadczamy jednego wyroku.
    I mnie także przeniosła pielgrzymka daleka.
    I mnie w cudzej ziemi czas życia ucieka.

    Czemuś-choć cię starania cudze otoczyły,
    Nie rozwinęła wzrostu-utraciła siły?
    Masz tu wcześniej i słońce, i rosy wiośniane.
    A przecież twe gałązki bledną pochylane.

    Więdniesz, usychasz,
    smutna wśród kwietnej płaszczyzny
    I nie ma dla ciebie życia,
    bo nie ma Ojczyzny. Drzewo wierne!

    Nie zniesiesz wygnania, tęsknoty
    Jeszcze trochę jesiennej i zimowej słoty,
    A padniesz martwa-obca ziemia cię pogrzebie-Drzewo moje!
    Czy będę szczęśliwszy od ciebie?

    OdpowiedzUsuń