niedziela, 13 lipca 2014

Zwiedzanie Skały i rocznica Katastrofy Gibraltarskiej.

Dwa tygodnie na Gibraltarze minęły bardzo szybko. 
W tym czasie udało się nam trochę poznać okolicę, ludzi którzy tutaj mieszkają, a nawet miejscową Polonię, przy okazji spotkania na Europa Point podczas rocznicy śmierci generała Sikorskiego. Gib reklamuje się jako miejsce, w który brytyjska grzeczność łączy się ze śródziemnomorskim luzem i serdecznością. Myślałem, że to tylko taka marketingowa ściema, ale naprawdę coś w tym jest, szczególnie kontakty z urzędnikami to coś nowego dla kogoś przyzwyczajonego do polskich standardów. Pewnie spora część tej grzeczności jest "po brytyjsku" na pokaz, jednak mimo wszystko wolę to od nerwowych i wiecznie obrażonych ludzi w Polsce.

Od minionego poniedziałku jest już z nami Justyna, przyleciała z Wrocka do Malagi, skąd ją odebraliśmy. W terminalach tłumy ludzi, a na pasie samoloty lądowały co kilka minut, dowożąc kolejnych turystów spragnionych wakacji na Costa del Sol.



W Maladze niedaleko lotniska jest Ikea, więc zajechaliśmy tam na małe zakupy i obiad przed powrotem na Gibraltar. Bardzo podobają mi się hiszpańskie drogi. Bezpośrednie autostrady są płatne, ale dla tych mniej rozrzutnych...też są autostrady, po prostu takie, które czasem wjeżdżają do miast, przez co jedzie się nieco wolniej, ale i tak 150 kilometrów przejechaliśmy w półtorej godziny, co jest wynikiem nieznanym w Polsce.

Wreszcie udało się nam pozwiedzać! Wcześniej Justyna kategorycznie zakazała oglądania czegokolwiek ciekawego bez niej :) więc gdy byliśmy już w komplecie, jedną z pierwszych rzeczy było wyruszenie na Skałę. W środę poszliśmy piechotą, wchodząc od strony zamku Maurów, wcześniej troszkę poszwędaliśmy się po centrum z jego wąskimi uliczkami.



Do Upper Town można dostać się pokonując ogromne ilości schodów, albo stromymi uliczkami, albo...windą i ruchomymi schodami. Wybraliśmy tę ostatnia opcję, przy okazji oglądając z góry dachy domów, na niektórych zwyczajnie suszyły się uprane ubrania, inne zamienione zostały w tarasy z leżakami, na jeszcze innych wysiano trawę, co wyglądało bardzo ładnie, wprowadzając nieco zieleni do miejsca, w którym moim zdaniem bardzo jej brakuje.


Za bilety wstępu dla naszej czwórki zapłaciliśmy kasjerowi (uprzejmemu jak nie wiem co, mówił do mnie bez przerwy per "sir") £25, za mnie i Justynę po £10, a dzieci na jednym bilecie ulgowym po £5. Zaczęliśmy od zwiedzania wieży zamku Maurów, w którym jeszcze do niedawno mieściło się HM więzienie, a już przy wejściu przywitały nas makaki, słynne gibraltarskie małpki, dla których Skała jest jedynym w Europie naturalnym habitatem.




Widok z wieży w bezchmurny dzień jest monumentalny. Świetnie widać zarys murów z czasów Wielkiego Oblężenia Gibraltaru pod koniec XVIII wieku, hiszpańskie Algeciras po drugiej stronie zatoki, a w oddali Maroko, drugi ze słupów Heraklesa czyli górę Dżabal Musa.

Okazało się, że jest już za późno, żebyśmy dali radę zwiedzić wszystkie atrakcje, tym bardziej piechotą, więc kasjer powiedział nam, gdy wyszliśmy z zamku, że "przepisze" nam bilety na kolejny dzień. Grzecznie podziękowaliśmy i skorzystaliśmy.

Kolejny dzień zaczął się od pochmurnego nieba oraz mgły. Trochę niepewni tego,  czy cokolwiek będzie widać, ruszyliśmy z powrotem, tym razem samochodem, w stronę szczytu skały. Obejrzeliśmy "city under siege", zabudowania w których podczas oblężenia schronili się mieszkańcy Gibu i gdzie żyli wraz z żołnierzami przez 3 lata oblężenia.


Ceny żywności w twierdzy, w czasie gdy Hiszpanie i Francuzi bardzo starali się odebrać Skałę, zdobytą przez Brytyjczyków w 1704 roku, były niesamowicie wysokie. Szczypior z cebulą kosztował 2,5 żołnierskiej dniówki, a za łeb owcy szeregowy musiał oddać swoje 3-tygodniowe zarobki. Ludność przetrwała hodując warzywa na skalistym gruncie, a także dzięki arabskim przemytnikom, których szybkie statki z łatwością uciekały okrętom blokującym Gibraltar.

Potem weszliśmy wyżej, w stronę wejścia do tuneli z czasów oblężenia. Tam mieliśmy pierwsze  bardzo bliskie spotkanie z makakami. Bardzo lubią one zaglądać do wszelkich torebek i plecaków w poszukiwaniu jedzenia, a, że Ika miała na sobie torbę od aparatu, to i jedna małpka zainteresowała się i wskoczyła na jej plecy. W takim przypadku przewodniki radzą zachować spokój i po prostu strząsnąć z siebie makaka, ale Justyna zamiast tego zaczęła piszczeć, przestraszyła małpę, która ugryzła ją w przedramię, na szczęście nie do krwi, ale i tak został spory siniak.

Z miejsca w którym byliśmy, mielibyśmy świetny widok na całą okolice, gdyby nie gęsta jak śmietana mgła. Na Skale nie jest to specjalna rzadkość, poza tym wiedzieliśmy już, że po południu rozjaśni się, więc nie przejmując się specjalnie weszliśmy do tuneli.



Spodziewałem się, że Julka i Nastka będą się tam nudzić, ale okazało się zupełnie odwrotnie! Zafascynowane wbiegały coraz głębiej w Skałę, zaglądając razem z Justyną w każdy zakamarek i boczny korytarz, a ja w tym czasie oglądałem kolejne wykute w litej skale stanowiska brytyjskie, z których obrońcy zasypywali atakujących gradem kul i widoki z nich, korzystając z tego, że uniosła się mgła.



Chcąc zwiedzać dalej, musieliśmy objechać Skałę dookoła. Na górze jest ruch jednostronny i musielibyśmy jechać pod prąd, więc przez centrum miasta dotarliśmy do Jewish Gate, miejsca w które Anglicy przesiedlili Żydów, pod drodze zaglądając na stanowisko wiktoriańskiego 100-tonowego działa przy naszej Rosia Road.


Anglicy zbudowali kilka takich dla okrętów włoskiej Regia Marina w latach 80-tych XIX wieku, po czym zorientowali się, że sami nie mają nad morzem Śródziemnym nic równie potężnego i dwa tego samego typu zamontowali na Gibraltarze. O każdorazowym strzelaniu z tego monstrum mieszkańcy okolicy byli informowani dzień wcześniej i instruowani, by otworzyli wszystkie okna i pozdejmowali rzeczy stojące na półkach. Efekt strzelań musiał być ogromny, tak jak zasięg tego działa, 12 kilometrów, niespotykany w tych czasach.

Działo działem, ja miałem sporo radości, ale dziewczynki troszkę się wynudziły oglądając szczytowe osiągnięcia techniki robienia krzywdy innym ludziom sprzed 130 lat, więc bardzo szybko pojechaliśmy dalej, na Słup Heraklesa.


Jak widzicie Justyna wzięła ze sobą hula. Przy jego pomocy próbowała mnie zabić :) Jest taka sztuczka, bardzo fajna, która jej jeszcze nie zawsze wychodzi (zobaczycie zresztą na filmiku, który niebawem wrzucimy), no i kiedy na szczycie coś nie poszło, hula uciekło mojej kochanej żonie, przeleciało przez barierki i...zawisło na skraju ponad 60-metrowej przepaści. Chyba jestem zbyt głupi, żeby się bać, bo przelazłem przez barierki i dopiero gdy spojrzałem pionowo w dół zorientowałem się, że jakbym spadł, to leciałbym dłuższą chwilę. Ale było za późno, żeby się wycofać, bo żona już patrzyła z mieszaniną strachu i podziwu, a po 11 latach małżeństwa naprawdę niełatwo jej zaimponować. A skoro piszę tego posta, to nie muszę chyba dodawać, że się udało. Głupi ma szczęście ;)

Jeszcze tylko kilka zdjęć z panoramą, w której niestety Afryka bardzo się przed nami chowała i mogliśmy pojechać w dalszą drogę, do jaskini świętego Michała.


Po drodze trafiliśmy na kilka małpich rodzinek. Dziewczyny były zachwycone, długo staliśmy i obserwowaliśmy jak się bawią, przy okazji zauważając, że wszystkie małpki są znakowane, potem doczytaliśmy, że są pod stałą opieką weterynarzy. For safety reasons :)




Sama jaskinia świętego Michała jest fascynująca! Długo uważano, że nie ma ona dna, oraz że odchodzi od niej tunel prowadzący wprost do Afryki, dzięki któremu makaki dostały się do Europy. W jaskini odkryto ślady homo sapiens neandertalensis, mieszkali w niej także nasi przodkowie w czasach neolitu. Dziś jest wspaniałą i piękną atrakcją turystyczną, a także (dzięki niesamowitej akustyce) salą koncertową.



Jaskinia jest iluminowana, Justynie spodobała się tak bardzo, że po prostu musiała w jej wnętrzu trochę pokręcić swoim hula hoop.


Zrobiło się strasznie późno, a na 18:30 chcieliśmy pojechać na uroczystości pod pomnikiem upamiętniającym śmierć generała Sikorskiego na Gibraltarze w 1943 roku, gdzie spotykała się Polonia oraz delegacja marynarzy z ORP Wodnik, który z okazji rocznicy zawinął do gibraltarskiego portu. Przebraliśmy się szybko w domu i pojechaliśmy na południowy koniec Gibraltaru, na Europa Point.



Marynarze złożyli wieńce (przy okazji niestety pokazując zgromadzonym ludziom jak bardzo nie potrafią maszerować), kilka słów powiedzieli kapitan Wodnika oraz polski ksiądz mieszkający na Gibie.



Po uroczystościach nasze dziewczyny zapoznały się z dziećmi Polaków mieszkających na Gibraltarze i w Hiszpanii, miały godzinę wspólnej zabawy na placu zabaw, a potem pojechaliśmy do bazy Royal Navy, gdzie zacumował ORP Wodnik i gdzie tego dnia można było zwiedzać okręt.


Trochę szkoda, że w rocznicę wydarzeń bardzo ważnych dla naszej historii Marynarka Wojenna wysłała na Gibraltar jedynie okręt szkolny. Zapytałem marynarzy dlaczego przypłynął Wodnik, a nie na przykład któryś z "ohapów" (fregat typu Oliver Hazard Perry), większych i bardziej reprezentacyjnych, odpowiedzieli, że oni i tak byli w rejsie, a na wycieczkę większego statku pewnie nie było pieniędzy. Na szczęście załoga bardzo starała się, żeby na pokładzie gościom było przyjemnie, kuk przygotował zastawione stoły na lądowisku helikoptera, dzieci ganiały się po pokładach, a naszą Julkę i Nastkę młoda pani porucznik oprowadziła po całym statku.



Było już około 22:00, kiedy zaczęło zachodzić słońce, a my zeszliśmy z pokładu ORP Wodnik i wróciliśmy do naszego nowego domu.



1 komentarz:

  1. Na zdjęciu z panoramą Nastka taaakk mocno uczepiła się Justyny ;) hehe strasznie tam wysoko, też bym się bała :D

    OdpowiedzUsuń