niedziela, 3 sierpnia 2014

Jeszcze raz Tarifa

Nie ma co mówić, po prostu zakochaliśmy się w tym niewielkim miasteczku, najbardziej na południe wysuniętym punkcie Hiszpanii i Europy jednocześnie. A więc kiedy z powodu temperatury (zaledwie 25 stopni) legły w gruzach plany na dzisiejsze taplania się w aquaparku w Algeciras, od razu stwierdziliśmy, że jedziemy kolejny raz do Tarify.

Mieliśmy tam co robić! Przede wszystkim chcieliśmy zwiedzić ruiny rzymskiego miasta Baelo Claudia, leżącego 20 kilometrów na zachód od Tarify, przy wspaniałych plażach, pełnych kitesurferów, których latawce dosłownie zasnuwały niebo. Co ciekawe, wejście do muzeum i zwiedzanie ruin jest bezpłatne dla obywateli UE, wszyscy spoza płacą 1,5€, nigdy wcześniej nie spotkałem się z takim rozwiązaniem. 


O ile muzeum nie jest szczególnie spektakularne, to samo miasto robi wrażenie, poczynając od ponad 5-km długości akweduktu, którym dostarczano wodę z pobliskich wzniesień. Potem jest jeszcze lepiej, bo w odkopanej części Baelo Claudia jest forum, sporej wielkości posąg, przedstawiający chyba cezara Klaudiusza, amfiteatr, świątynie Izydy oraz Triady Kapitolijskiej, a także ogromna "fabryka tuńczyka", leżąca niegdyś nad samym brzegiem morza, a obecnie ok. 50 metrów od niego. 













Wszędzie wokół plaże o pięknym jasnym piasku, pełne ludzi, a widok Afryki, odległej o mniej niż 20 kilometrów, po prostu spektakularny, ma się wrażenie, że wystarczy tylko wejść do wody, chwilę płynąć i już jest się na innym kontynencie.

Do Tarify pojechaliśmy mając ściśle określony plan - popłynąć w rejs statkiem wycieczkowym, w poszukiwaniu takich morskich zwierząt jak delfiny, orki, czy wieloryby. Oczywiście Julka i Nastka były na to totalnie napalone i nie mogły się doczekać. Przy okazji kupowania biletów przez pomyłkę kupiliśmy nie to co chcieliśmy, zapłaciliśmy połowę więcej (150€ zamiast 100€), ale przynajmniej rejs był o połowę dłuższy. W ogóle wypłynęliśmy z półgodzinnym opóźnieniem, o czym obsługa wspomniała tak zupełnie mimochodem, jakby to było coś normalnego, bez przeprosin i tak dalej. Mañana :)

Podczas rejsu bardzo długo nie mogliśmy trafić na nic, poza marokańskimi rybakami, którzy pokazywali załodze naszego statku, gdzie widzieli delfiny, czy orki, w końcu jednak, po prawie półtorej godzinie, udało się. Najpierw trafiliśmy na stado delfinów czarnych, które początkowo trochę nieśmiało, a potem już na całego popisywały się przed nami, później udało się też podpłynąć do kilku orek, te niestety trzymały się na dystans i jedyne co oglądaliśmy, to ich grzbiety, gdy wynurzały się na krótką chwilę ponad fale. 










Mimo wszystko dziewczyny były zachwycone, także i tym, że stateczkiem którym płynęliśmy bujało naprawdę mocno, co było źródłem frajdy aż do przesady, bo w pewnej chwili Julka słabo się poczuła. Na szczęście obyło się bez pawia.

Kolejne spacery po Tarifie utwierdziły nas w przekonaniu, że to musi być najpiękniejsze miejsce w całej Hiszpanii (co nie znaczy, że nie będziemy chcieli odwiedzić innych) i że moglibyśmy tam zamieszkać, w zastępstwie za Grecję, choć ja jeszcze nie do końca jestem przekonany do tego pomysłu, bo jednak greckie oliwki, feta i Mythos, już nie mówiąc o innych rzeczach... Ale Tarifie nie brakuje niczego, jest idealnie piękna i czujemy się w niej po prostu świetnie, wyciszeni i wyluzowani, dlatego już kiedy wyjeżdżaliśmy z powrotem na Gib, stwierdziliśmy, że niedługo wracamy, a gdy trafi się jakieś niedrogie mieszkanie z odpowiednio dużym tarasem, to może kupimy i przeprowadzimy się.



A co poza tym?  Po czwartkowej rozmowie kwalifikacyjnej mieli odezwać się do mnie w ciągu 48 godzin. Nie odezwali się i chyba nie żałuję, bo w tym czasie zdążyłem zapalić się do pomysłu założenia na Gibie firmy i pracy na własny rachunek oraz wszystkich pozytywów, jakie się z tym wiążą. W sumie to nie wiem dlaczego tak bardzo zafiksowałem się na szukanie etatu, skoro ostatni raz pracowałem na nim prawie 10 lat temu i bycie freelancerem mam po prostu we krwi.

Na dodatek odwiedziłem biuro nieruchomości, przez które wynajmowaliśmy mieszkanie, musiałem donieść jakieś papiery, o których zapomniałem wcześniej, a także poinformować o tym, że na ścianie przy drzwiach balkonowych zaczął nam wychodzić grzyb. Nie cierpię rozmawiać z Jeanine, bo jest fałszywie miła i zawsze stara się mnie zbyć najszybciej, jak to tylko możliwe, więc tym razem dałem jej zasmakować jej własnej broni. Już od wejścia ze słodkim uśmiechem zapewniłem ją, jak bardzo się cieszę, że ją widzę, a potem byłem jeszcze gorszy, by wreszcie powiedzieć, że nie mam już czasu i muszę uciekać. Wyraźnie była zbita z tropu, ale mnie nieszczególnie odpowiada taki sposób zachowania, więc następnym razem pewnie znów pozwolę jej na ten ton, który mnie lekko wkurza, razem z tym jej "okey-dokey". Na szczęście nie musimy rozmawiać zbyt często :)

Ach, jeszcze jedna rzecz, którą chcemy się z Wami podzielić (choć nie dosłownie) - w Lidlu mają tutaj przepyszne lekkie hiszpańskie wina, w cenie 62 centy (jakieś 2,60 zł) za litr. Po prostu uwielbiamy!


To jeszcze zdjęcie spod sklepu :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz