środa, 24 września 2014

Dzień Gibraltaru (Gibraltar National Day)

Przede wszystkim przepraszam za mniejszą ostatnio aktywność na blogu. Pochłonęła mnie praca, a do tego swoje zrobił powracający co jakiś czas dół związany z tym, że cło i przerejestrowanie auta to w sumie £1000 i trochę nam teraz tych pieniędzy brakuje.

Z drugiej strony jednak, każdego dnia, kiedy dziewczynki wracają ze szkoły są tak szczęśliwe, że nie wyobrażam sobie, żebyśmy mogli podjąć lepszą decyzję, niż ta o przeprowadzce na Gib. Hulanie Justyny rozkręca się powoli i pewnie minie jeszcze kilka tygodni, nim zacznie przynosić normalne dochody (może krócej, bo Ika idzie jutro do ekskluzywnego fitness clubu na lekcję próbą hula - trzymajcie kciuki, please), więc chwilowo z kilku rzeczy musieliśmy zrezygnować, między innymi z kolejnych podróży. Plan wyjazdu samochodem do Gambii wciąż jest "na tapecie", ale najpierw musimy na niego zarobić i znaleźć jeszcze co najmniej jeden samochód, który pojechałby z nami, żeby było raźniej i bezpieczniej.

Tymczasem jednak, z dwutygodniowym opóźnieniem, chciałem napisać coś o Gibraltar National Day, który obchodzony jest 10 września. Wszyscy byliśmy bardzo ciekawi tego, jak wygląda narodowe świętowanie na Skale, dlatego oczywiście nie odpuściliśmy sobie imprezy.



Gdzieś z tyłu głowy miałem wspomnienia polskiego Święta Niepodległości, które od lat polega głównie na tym, że tysiące debili wylegają na ulice i czczą pamięć twórców niepodległej Rzeczypospolitej rzucając kostką brukową i wznosząc patriotyczne okrzyki w rodzaju "jeb... pedałów" (hasło autentyczne, do dziś nie wiem, czy to przypadkiem nie zawoalowana, lekko wulgarna propozycja seksualna, ze strony narodowców). Czasem z drugiej strony wychodzą naprzeciwko nim inni debile, którzy uważają, że "anarchia jest najwyższą formą porządku" i bardzo chcieliby wytłumaczyć narodowcom, że ci się mylą, ale nigdy nie mają na to czasu, bo się spieszą, żeby im wpier... Świętowanie niepodległości w Polsce jest radością chyba wyłącznie dla firm sprzątających, które zarabiają kokosy doprowadzając miasta do porządku po jednych i drugich debilach.

A Gibraltar?

Rząd od lat z okazji 10 września prosi Gibraltarian, by tego dnia ubrali się w stroje w narodowych barwach, które są takie same jak w Polsce, biel i czerwień. Wydawało mi się, że zrobi tak może co 10-ta osoba, a reszta w ogóle się tym nie przejmie, ale nic bardziej mylnego!





Odkąd tylko dotarliśmy na Main Street i minęliśmy katedrę, wpadliśmy w ogromny tłum biało-czerwonych ludzi, którzy uśmiechali się do siebie, pozdrawiali się i życzyli sobie nawzajem wesołego Dnia Gibraltaru. 







Im bliżej byliśmy Casemate Square, na którym odbywać się miały główne uroczystości, tym trudniej było się poruszać z powodu gęstniejącego tłumu. W końcu, gdy dotarliśmy na plac, musieliśmy przez 5 minut rozpychać się wśród biało-czerwonych ludzi, żeby pokonać 50 metrów, być choć trochę bliżej sceny.


Zdążyliśmy w sam raz na przemówienia polityków. I tutaj też niespodzianka. Dopieprzanie politycznym konkurentom? Nie. Obwinianie wszystkich dookoła o własne niepowodzenia? Też nie. Wszyscy, zarówno Gibraltarianie, jak i parlamentarzyści z Izby Gmin mówili przede wszystkim o tym, jak cieszą się z tego, że mieszkańcy Skały są Brytyjczykami i lojalnymi poddanymi królowej i że nie będzie żadnych negocjacji w sprawie oddania Gibraltaru Hiszpanii, bez udziału samych mieszkańców spornego terenu, na co bardzo naciska rząd w Madrycie, nie zważając na to, że w ostatnim referendum 98% głosujących było przeciwko przyłączeniu Skały do Hiszpanii. Kilka razy wspomniano o tym, że rząd w Madrycie, zamiast walczyć z bezrobociem, które wśród młodych ludzi sięga tam nawet 50%, robi co tylko może, żeby mieszkańcom Gibraltaru żyło się jak najtrudniej.


Zgromadzeni na placu i w jego okolicach, a było ich jak sądzę, ponad 5 tysięcy (z 30 tysięcy mieszkańców Gibu) reagowali żywiołowo mniej lub bardziej żywiołowo, mimo wszystko na pierwszy rzut oka widać było coś, czego w Polsce nie było nigdy - jedność. Mimo tego, że na Gibraltarze stworzył się prawdziwy wielokulturowy tygiel, muzułmanie, żydzi, czy Hindusi świętowali razem ze wszystkimi Gibraltarianami, zakładając stroje w narodowych barwach.


Najwięcej entuzjazmu wzbudziła chyba zapowiedź skierowania zaproszenia do królowej Elżbiety II, by ponownie odwiedziła swoich poddanych na Gibraltarze. Od poprzedniej wizyty minęły dziesiątki lat, miała ona miejsce chyba podczas inaugurującej panowanie królowej wycieczki po imperium. Wizycie tej sprzeciwia się brytyjskie Foreign and Commonwealth Office, jak mogącej jeszcze bardziej zdenerwować Hiszpanię, ale miejscowych chyba niespecjalnie taka argumentacja rusza, szczególnie odkąd pouczona przez UE Hiszpania zobowiązała się do udrożnienia granicy w La Linea i w związku z tym... rozpoczęła prace przy terminalu granicznym, które spowodowały ogromne korki po obu stronach i które podobno mogą potrwać nawet kilka lat, bo oczywiście nie chodzi o żadne ułatwienia w przekraczaniu granicy...

Jak co roku, po "oficjałkach" rozpoczęła się zabawa, zainaugurowana wypuszczaniem w niebo tysięcy białych i czerwonych balonów, które porwane sprzyjającym wiatrem poszybowały nad La Linea i nieco w stronę Algeciras.




Potem dziewczyny poszły na wesołe miasteczko, które rozłożyło się nieopodal King's Bastion i które z okazji święta narodowego było darmowe dla wszystkich. Przez następne kilka godzin Julia i Anastazja spróbowały chyba każdej z atrakcji, których wcale nie było mało! Obie wróciły do domu dokumentnie wykończone.



Zaś wieczorem rozpoczęła się jedna wielka impreza. W każdym pubie i restauracji, a nawet na plażach, na których rozstawiono niesamowite ilości grilli, trwała zabawa aż do późnej nocy. I w tym temacie Polska może się od Gibraltaru tylko uczyć - patriotyczna impreza nie musi być z fochem i dąsem, okraszona mordobiciem i demolowaniem, tylko Polacy jeszcze do tego poziomu nie dorośli. I muszę przyznać, że takie dni i takie widoki naprawdę utwierdzają mnie w przekonaniu, że nigdy więcej nie chcę mieszkać w Polsce, nie zamienię chyba już nigdy 10 września na 11 listopada. Przynajmniej nie do czasu, kiedy na ulicach Warszawy będzie można oglądać polskie odpowiedniki takich zdjęć:






6 komentarzy:

  1. Rozumiem wkurw, ale z drugiej strony - grill w listopadzie? ;) Weź pod uwagę, że dzisiaj rano w Warszawie były 4 oC. IMHO jedną z przyczyn, dla których nigdy nie będzie tutaj normalnie, jest ta, że jest tu zimno i ponuro. :> (Kolejna to zbiorowy debilizm połączony z amnezją - w stolicy najbardziej centralne rondo nosi imię Romana Dmowskiego - smutnego pana, który nie mógł się zdecydować, czy lepiej jest nas sprzedać Sowietom czy Niemcom, ale za to nienawidził Żydów, więc teraz jest cacy. :> ) Nie wracajcie, nie ma sensu. :|

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się z powyższym komentarzem ... od kilku dni wychodzę z domu tylko do sklepu, bo jest okropnie zimno (wczoraj kaloryfer chodził pełną parą), często pada deszcz no i oczywiście panuje grypa. Okropny ten betonowy ponury świat za oknem.Rozumiem, że zniszczyły nas wojny, potem rozwój zastopował ZSRR, ale to państwo jest na prawdę brzydkie.Najgorszy jest jednak nasz Rząd skorumpowany do granic możliwości.Wczorajsze info dnia - pół mln odprawy od PKP ;)) dla nowej minister, dziś natomiast 2 mln rocznej pensji dla doradcy Tuska...Idzie zima, Rosja przykręci kurki i szał do kwadratu :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam!
    Śledzę blog od jakiegoś miesiąca, przeczytałem również wcześniejsze posty.
    Przede wszystkim chciałem podkreślić, że podziwiam Was za odwagę związaną z przeprowadzką. Naprawdę szacun. Tak jak niedawno ktoś pisał, każdy powinien żyć tam, gdzie mu najlepiej. Co do bloga, bardzo dobrze się go czyta. Po ostatnim artykule (i mojej wrześniowej wizycie na Gibie) mam jednak kilka spostrzeżeń.

    Przede wszystkim nie rozumiem, czemu aż tak bardzo gloryfikujesz Gibraltar. Byłem, widziałem. Czy to takie super bezpieczne miejsce? Wszędzie masa prac budowlanych, które przeprowadzają brytyjscy robotnicy, o wątpliwej kulturze osobistej. Dodając do tego niedalekie La Linea, zastanowiłbym się nad bezpieczeństwem rodziny. Czy masz pewność, że Twoje córki w wieku nastu lat (gdy nie będziesz je mógł kontrolować) nie udadzą się na dyskotekę do La Linea lub na imprezę, gdzie spotkają po drodze takich budowlańców?
    Co do szczęścia Twoich córek wracających ze szkoły, to czy dzieci w tym wieku generalnie takie nie wracają? Przecież jak ktoś ma 7-10 lat, to zazwyczaj podoba mu się w szkole; nie ma znaczenia, czy uczy się w Warszawie, Lublinie, Pcimiu Dolnym, czy Skierniewicach.

    Druga rzecz - jazda po Polsce i Polakach. Mnie osobiście bardzo przeszkadzają nasze cech narodowe tj. zawiść, pesymizm, chamstwo itp. Nigdy jednak nie zdobyłbym się na stwierdzenie, że olewam 11 listopada. To MÓJ kraj, bez względu na to jaki jest. Co więcej, nieuprawnone jest pisanie, że nie potrafimy się zjednoczyć. Owszem, obchody święta narodowego, to porażka. Ale to tak naprawdę tylko niewielka grupa idiotów. Poza tym, jak mało która nacja właśnie potrafimy stanowić jedność, co wielokrotnie pokazały sytuacje kryzysowe.

    Odnośnie wspólnej zabawy też wg mnie nie masz racji. Czy brałeś udział w EURO 2012 lub ostatnich MŚ w siatkę? Chyba nie. Dwa lata temu, na Euro, dużo większymi chamami okazali się przybyli na Ukrainę Anglicy niż świetnie bawiący się Polacy.

    I jeszcze odnoście Gibu. Podróżuję z żoną, byliśmy w wielu miejscach. Nie myśleliście wcześniej np. o Malcie? Dużo ładniejszy kraj, gdzie jest ciepło i mówi się po angielsku. Za to ludzie tam bardziej przyjaźni.
    Sam Gibraltar wg mnie nic szczególnego - każdy może mieć swoje zdanie. Wszędzie mało miejsca, tłoczno, "robotniczo" i pod górę lub z górki. Jeżeli doda się do tego jeszcze biurokrację większą chyba niż w Polsce (założenie rachunku bankowego w kilka tygodni!!!), to tym bardziej powstaje więcej wątpliwości.

    Pozdrawiam,
    Mario

    OdpowiedzUsuń
  4. W uzupełnieniu mojego powyższego komentarza, jeszcze jedna rzecz odnośnie gloryfikacji Gibu i jako takiego negowania Polski :)

    Przejrzyj sobie proszę zdjęcia np. Warszawy z lat 30-tych XX wieku, później roku 1945 i obecne. Nie można także zapominać o 45 latach komuny, która musiała zostawić swoje piętno. Gdyby to wszystko nie miało miejsca, to dzisiaj Brytyjczycy zapewne przyjeżdzaliby do pracy w Polsce, a nie Polacy do UK, czy na Gib. Mało który naród potrafiłby pozbierać się po takich zdarzeniach. Polacy zawsze jednak umięli. Reszta narodów w życiu by się na to nie zdobyła.
    I strasznie mnie wkurwia, gdy ktoś po tym jedzie. Mimo, że nigdy nie uważałem siebie za przesadnego patriotę.

    Pozdrawiam,
    Mario

    OdpowiedzUsuń
  5. Cześć Mario!

    Dzięki za dobre słowa, a co do tych mniej dobrych, to napiszę tak:
    przez kilka lat starałem się, żeby wokół mnie było cokolwiek lepiej, poświęcałem swój czas, często kosztem rodziny i niemałe pieniądze. Ze strony urzędników, służb, władz - spotkałem się niemal wyłącznie z lekceważeniem, względnie wyśmiewaniem. Trafiło się także kilka osób z kręgu NGO, które najpierw krytykowały sposób działania mój i kilku innych osób z którymi tworzyliśmy grupę, a kiedy pojawiły się efekty, chętnie podpisywały się pod tym, co nam wyszło. Trochę działałem i właśnie dlatego uważam że mam jakieś prawo krytykować kraj, ludzi i ich mentalność, bo poznałem to niestety od najgorszej strony.

    Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to różnica między Polską a Gibem jest ogromna. Podstawowa sprawa - to jest naprawdę mała społeczność, każdy każdego zna, to sprzyja bezpieczeństwu. Największy problem jaki tu ma policja to dragi, których przemyca się bardzo dużo. Poza tym osoby wchodzące w konflikt z prawem nie mają tu takich praw jak w Polsce, jeśli stawiane ci są zarzuty, to w mediach można podać twoje imię i nazwisko oraz gdzie mieszkasz, więc sąsiedzi od razu wiedzą.

    Co do 11 listopada, chodziłem kiedyś sam, chodziłem z rodziną, ale odechciało mi się słuchać tego, co politycy i różni "działacze" z tej okazji mieli do powiedzenia, bo nie było w tym nic mądrego. Do Polski takiej, jaka teraz jest nie chcę wracać, nie mam już też ochoty robić czegokolwiek, by się zmieniła, bo nie mam na to siły, szkoda mi nerwów i szkoda życia.

    Malta - byliśmy 3 lata temu, co prawda tylko turystycznie, ale wystarczyło żeby nas urzekła. Niestety perspektywy związane z pracą są diametralnie inne niż na Gibie, inny jest też stosunek do przyjezdnych, na Skale nie ma "chowu wsobnego", grupy rdzennych mieszkańców, która uważałaby się za lepszych, niż przyjezdni.

    I konto bankowe, biurokracja - fakt. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że tutaj po prostu wszystko dzieje się wolniej, niż na północy Europy. Są ogromne różnice kulturowe, w tym słynna mañana. Chcesz przykładu? W krajach takich jak Polska, Niemcy, Francja jest przyjęte, że na maila odpowiada się od razu po jego otrzymaniu, najpóźniej tego samego dnia. Tutaj normalne jest kilka dni zwłoki. :)

    Jak już pisałem, chyba nawet kilka razy, Gib to nie jest raj na ziemi, ale nam bardzo odpowiada i poważnie rozważamy czy nie zostać tutaj na zawsze, a przynajmniej do skończenia ogólniaka przez dziewczynki, żeby mogły za darmo studiować na dowolnej uczelni UK (Oxford, Cambridge też).

    I tak na koniec, im dłużej przebywam poza Polską, tym częściej zaczynam myśleć, że uczucie które wcześniej brałem za patriotyzm, to był zwyczajny syndrom sztokholmski...

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzięki Michał za odpowiedź!
    Bardzo się cieszę, że nie potraktowałeś mojego postu jako ataku, bo oczywiście nie taki miał być jego sens. W 100% mogę zgodzić się z Tobą w kontekście chęci działania i spotykanym oporem ze strony władz, a później (w przypadku sukcesu) uzurpowania sobie osiągnięć. Tak samo z politykami. Szkoda nawet czasu, aby o nich pisać :)

    I kończąc, jeszcze raz gratuluję bloga! Będę go czytał z dużą przyjemnością!

    Pozdrawiam,
    Mario

    OdpowiedzUsuń