czwartek, 4 września 2014

Krótkie chwile w pięknej Lizbonie

Całe szczęście, że nocleg w stolicy Portugalii zarezerwowaliśmy sobie ponad miesiąc temu, bo gdybyśmy nie mieli go opłaconego, to nie wiem jak by było z wyjazdem... Czeka nas niebawem dodatkowy wydatek na cło za nasz samochód, przegląd techniczny i gibraltarskie ubezpieczenie, jeśli wszystko to razem zmieści się w £1000, to będę bardzo szczęśliwy...

Ale mieliśmy rezerwację płatną z góry, więc nie było wyboru - trzeba było jechać! Tym bardziej, że Justyna o Lizbonie i generalnie wycieczce do Portugalii marzyła odkąd pamiętam, a w 2008 roku, kiedy zorganizowałem nam wyjazd, w ostatniej chwili okazało się, że z powodu ciąży musi zostać w domu i oczywiście była z tego powodu bardzo zrozpaczona.


Do Portugalii wyjechaliśmy w piątek rano, wcześniej zostawiwszy naszą złotą rybkę pod opieką koleżanki z Gibraltaru, a 600-kilometrową trasę pokonaliśmy w 7 godzin, po drodze mijając wiele pięknych hiszpańskich i portugalskich miejscowości, które aż prosiły się, żeby je odwiedzić i które kiedyś odwiedzić będzie trzeba. Kiedy w końcu dotarliśmy do mostu 25 Kwietnia i zobaczyliśmy Lizbonę po jego drugiej stronie, ogarnęła nas prawdziwa euforia. Jeszcze lepiej było, gdy weszliśmy do zarezerwowanego mieszkania na poddaszu 3-piętrowej kamienicy w centrum miasta, malutkiego, ale pięknego, z 3 niewielkimi balkonami i wspaniałym widokiem, zresztą zobaczcie te wnętrza sami: https://www.airbnb.pl/rooms/2000295

Już w godzinę po rozpakowaniu się byliśmy na ulicach Lizbony. Wcześniej wiele o tym mieście słyszeliśmy i czytaliśmy i trzeba przyznać - tak, wszystko co mówią, to prawda. Lizbona po prostu zapiera dech w piersiach :)


Pierwsza rzecz rzucająca się w oczy, to piękne fasady kamienic starej Lizbony, pokryte w części lub całości ceramicznymi płytkami z różnorodną ornamentyką. Jest to rzecz charakterystyczna dla półwyspu iberyjskiego, ale nigdzie nie widzieliśmy tego tak wiele, jak właśnie nad rzeką Tagus. 




Oczywiście wielką atrakcją są tramwaje! Część z nich ma płaską podłogę i jeździ po ulicach, tak samo jak w kilku polskich miastach, są także tramwaje dla których wytyczono specjalne trasy tam, gdzie jest większe nachylenie i mają one podłogę ułożoną schodkowo. Te ostatnie fotografowane są też najczęściej przez turystów.



Najbardziej niesamowity w Lizbonie jest widoczny i wyczuwalny wszędzie luz mieszkańców i leniwa atmosfera, charakterystyczna dla większości państw południa Europy. Nie ma tu nerwowej napinki, nie ma wiele pośpiechu, bo niby do czego te rzeczy są potrzebne osobom, które na co dzień mają piękną, słoneczną pogodę oraz wspaniałe plaże? 

Tutaj, tak samo jak w Hiszpanii, czy Grecji, ludzie są bliżej siebie i są dla siebie znacznie bardziej serdeczni, niż na północy, spędzają czas nie zamknięci w swoich domach, przed telewizorami, ale na ulicach, właściwie bez względu na wiek, a nawet ze szczególnym uwzględnieniem osób starszych.




Widać to w dzień, ale najbardziej rzuca się w oczy wieczorami, kiedy miejsce upału zajmuje przyjemny chłód, a lizbończycy zasiadają w niezliczonych knajpkach, czy choćby na krzesłach wystawionych przed kamienice i rozmawiają z przyjaciółki, sąsiadami, przechodniami. 

Nie będę ukrywał, że południowe podejście do życia i tutejszy system wartości, odpowiadają mi znacznie bardziej niż północny wyścig obrażalskich szczurów, dla których często słowo sukces jest tożsame ze stanem konta, a wartością nadrzędną jest jak najbardziej się dorobić, by po śmierci być najbogatszym trupem na cmentarzu. 


Lizbona to nigdy nie kończąca się zabawa. Dzielnica knajpek tętni życiem przez cały dzień i noc, aż do samego poranka, stoliki i krzesła pubów, restauracji i fast foodów ustawione są niemal w każdym nadającym się miejscu na wąskich uliczkach, a ludzie siadają nawet na schodach, kiedy nie ma już innych wolnych miejsc. Imprezują młodzi mieszkańcy Lizbony, a razem z nimi niezliczone rzesze  międzynarodowych studentów z programu Erasmus, w którym stolica Portugalii jest podobno najbardziej pożądanym miastem. Zapewne bardziej ze względu na klimat, niż walory edukacyjne tutejszych szkół wyższych, ale naprawdę trudno się dziwić.


Po imprezach codziennie na ulicach zostaje nieprawdopodobny wręcz bałagan i całe mnóstwo puszek/butelek/plastikowych kubków, które imprezowicze zwyczajnie zostawiają tam, gdzie się wcześniej bawili. Nie wygląda to szczególnie ładnie o poranku, ale jest szybko uprzątane i już w południe można przechadzać się czystymi uliczkami. My wieczorami nie imprezowaliśmy zbyt mocno, za to próbowaliśmy miejscowych smakołyków, Justyna ośmiornicy z grilla, a ja lokalnego fast-fooda, zwanego Bifana, który okazał się być zwykłym (choć przepysznym) kawałkiem baleronu włożonym w pulchną bułkę i obficie podlanym musztardą i majonezem. Wspaniałe okazały się także tradycyjne ciastka z piekarni położonej o kilka minut na piechotę od naszego mieszkania.

W ciągu tych krótkich, niecałych 3 dni udało się nam zwiedzić Muzeum Historii Naturalnej, do którego zaciągnęła nas Julia, wielka fanka takich miejsc. Ogromny budynek, w którym ono się znajduje, był wcześniej uczelnią, po której pozostały laboratoria oraz sale wykładowe. Chociaż lizbońskie muzeum nie może równać się ilością eksponatów, czy nowoczesnymi ekspozycjami z brukselskim, albo wiedeńskim, to bawiliśmy się świetnie, szczególnie w sali z grami matematycznymi, które totalnie nas wciągnęły.


A Anastazja w muzeum nauczyła się pokazywać nasze nazwisko na układzie okresowym pierwiastków Mandelejewa ;) I bawiła się przy tym świetnie.



Jak przystało na stolicę kraju katolickiego (choć nie rządzonego przez kler, czego efektem są np. legalne małżeństwa jednopłciowe), Lizbona jest miejscem pełnym mniejszych i większych kościołów, z których najbardziej znana jest Basilica de Estrela, wzniesiona jako wotum królowej Marii I, za urodzenie męskiego potomka. Bazylika jest otwarta przez cały dzień, odmiennie niż na przykład w paryskiej katedrze Notre Damme, turyści są tutaj proszeni o nie wchodzenie podczas nabożeństw. My na szczęście trafiliśmy dobrze i mogliśmy bez problemu robić zdjęcia.




Niecałe 3 dni spędzone w Lizbonie minęły bardzo szybko, aż za szybko. Mieliśmy za mało czasu, by zwiedzić stołeczny zamek, który zostawiliśmy sobie, podobnie jak kilka innych pięknych miejsc w stolicy Portugalii, na następny raz. Wracając na Gibraltar mostem 25 Kwietnia obiecaliśmy sobie, że przyjedziemy do Lizbony znowu, tak szybko, jak to tylko będzie możliwe, by znów przechadzać się uliczkami miasta, w którym Justyna robiła takie piękne zdjęcia.



3 komentarze:

  1. Oddaję głos Mai, lat 5,5: "Bardzo mi się podoba. Życzę Wam, żeby wszystko się udało." :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy! Wszystko musi się udać, bo innego wyjścia nie ma ;)

      Usuń
  2. Szkoda, że tak krótko tam byliście. Ja bym odpuściła sb intensywne zwiedzanie, siadłabym i podziwiała otaczające mnie pięękno ;) Świetne zdjęcia Justyna heh

    OdpowiedzUsuń