niedziela, 26 października 2014

Dzień nad oceanem - Bolonia

Skoro już mieszkamy na południu Europy i to nie byle gdzie, bo niemal dokładnie na jej południowo-zachodnim końcu, to grzechem byłoby nie korzystać z pogody. Gdybyśmy zostali w Polsce, pewnie teraz, jak co roku, narzekalibyśmy na jesień, na zimno, na deszcz, siedzieli w domu i oswajali się z jesienną deprechą. Na szczęście Polska dla nas jest "tam", a "tu" mamy ocean odległy zaledwie o 50 kilometrów.

W piątek wybraliśmy się do Bolonii. Nie, nie tej włoskiej, ale do malutkiej wsi leżącej kilkanaście kilometrów za Tarifą, nad brzegiem Atlantyku, tuż za Przesmykiem Gibraltarskim. Potraktowaliśmy ten krótki wypad po części też jako antidotum na syfiastą La Linia, żeby nie zapomnieć o tym, że nie całą Hiszpania tak wygląda i że łatwiej w niej trafić na miejsca piękne, niż zapuszczone, jak to biedne przygraniczne miasto, o które chyba nikt nie dba...

Złoty piasek plaż atlantyckich i wydmy w Bolonii oglądaliśmy już wcześniej, bo świetnie widać je z ruin rzymskiego miasta Baleo Claudia (http://smartwithkids.blogspot.com/2014/08/jeszcze-raz-tarifa.html), jednak wtedy nie mieliśmy czasu, by je odwiedzić. Teraz pojechaliśmy wyłącznie z myślą o plaży, mając do naszej dyspozycji cały dzień.


Mimo że był dzień pracujący, nad oceanem było całkiem sporo ludzi, zarówno plażowiczów, jak i spacerujących. Mnóstwo ludzi opalało się zupełnie bez ubrań, co na Gibie jest niespotykane, nie wiem czy zabronione, ale na pewno nie praktykowane. W każdym razie naszych dziewczyn nie trzeba było długo namawiać, by wskoczyły do oceanu, tym bardziej, że woda była całkiem ciepła. Szybko ich ulubioną zabawą stało się uciekanie przed falami, kiedy już im się to znudziło, kazały sobie natychmiast nadmuchać materac.





W końcu leżenie na drobnym piasku, który obsypywał nas przy nawet najdrobniejszym podmuchu wiatru, znudziło się i ruszyliśmy na wydmy, zostawiając Julkę, która strasznie nie miała ochoty na spacer w miejsce odległe o nieco ponad kilometr. Po drodze nieźle dały się nam we znaki morskie rośliny z kolcami, które wyrzucone na brzeg wysychają, stając się jeszcze bardziej twarde, najwięcej pecha miała chyba Nastka, która nadepnęła na nie po kilka razy w każdą stronę. W końcu dotarliśmy na miejsce. 



Jedna wydma, no najwyżej dwie - tak sobie pomyśleliśmy, kiedy byliśmy na miejscu i wspinaliśmy się na tę największą. Tak naprawdę jest tam prawdziwe morze wydm i patrząc na okolicę łatwo można zapomnieć, że po jednej stronie jest Atlantyk, a po drugiej gołe skały pięknych wzniesień, na które jeszcze kiedyś będziemy musieli się wszyscy razem wspiąć.




W końcu ja z Nastką poszliśmy z powrotem, bo małej troszkę się już nudziło ganianie po wielkich górach piachu, poza tym chciałem szybko wrócić do Julki, która była sama już ponad godzinę i nie do końca byłem pewny, czy nie zrobi wbrew naszemu zakazowi i nie wejdzie do wody z nudów. Justyna została, żeby zrobić więcej zdjęć.






Czas upływał bardzo szybko i trzeba było wracać na Gibraltar, pod drodze mieliśmy jeszcze zrobić zakupy, a na 21:00 ja umówiony byłem w nowo powstałej organizacji charytatywnej, Stay Clean, której założeniem jest pomoc osobom z uzależnieniami od narkotyków i alkoholu, przede wszystkim jako miejsce, do którego mogą przyjść żeby spotkać się z innymi, pogadać, pograć (mamy stół do pool'a i ping-ponga, lotki, itp.), a wszystko to z dala od używek.

Tak więc na koniec zrobiliśmy sobie jeszcze kilka pamiątkowych zdjęć :) i ruszyliśmy z powrotem. 



Z drogi między Bolonią a Tarifą świetnie widać kitesurferów, którzy bawią się tutaj, korzystając z lewantu, wiatru który ponoć potrafi (szczególnie w Tarifie), wiać tak, że "urywa głowę" i ludzie nie wychodzą wtedy niemal w ogóle na ulice. Chcieliśmy podjechać do nich, ale skręciliśmy nie tam gdzie trzeba i trafiliśmy na prowadzącą do opuszczonej bazy wojskowej drogę między dwiema wydmami. Na szczęście z wydm widać było, co dzieje się na wodzie.




Trafiła się nam też grupka konnych, prowadzona przez mężczyznę o tak hiszpańskim wyglądzie, że już bardziej chyba by się nie dało (ewentualnie mógłby jeszcze nosić sombrero), który oczywiście jechał na swoim wierzchowcu "po hiszpańsku", czyli z jedną ręką trzymającą wodze, a drugą opartą o biodro, wyprostowany i dumny, jakby wokół kłębili się ludzie z kamerami i aparatami fotograficznymi. My niestety nie zdążyliśmy wyjąć naszego na czas...

2 komentarze:

  1. Napisałbym, że cieszę się Waszym szczęściem, ale dzisiaj o godzinie, której nie ma nawet na zegarku, musiałem odstawić samochód do ASO (rutynowy przegląd), a potem wrócić do dom autobusem podmiejskim, wszystko to w temperaturze ok. 0 oC (odczuwalna -273 oC). :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie zazdroszczę - w Lublinie serwis Daćki też jest za rogatkami i poza zasięgiem komunikacji miejskiej, zdarzało mi się wracać w naprawdę paskudną pogodę dłuuuugo do najbliższego przystanku. Tym bardziej doceniam południe :)

    OdpowiedzUsuń