środa, 22 października 2014

Jedno popołudnie w La Linea


W nocy z niedzieli na poniedziałek, o 3.00 dalej nie mogłem zasnąć, nie wiem, czy to przez stres pierwszej jako expat nagłej wizyty z dzieckiem w szpitalu, czy przez świetną książkę (Gniew, Zygmunta Miłoszewskiego), po którą sięgnąłem 2,5 godziny wcześniej i którą skończyłem o 8.00 nad ranem...


A niedziela była taka sobie. Rano odwiozłem Justynę do pracy, potem okazało się, że Nastkę bardzo boli głowa, że chowa się pod kołdrą, bo wtedy jest troszkę lepiej, a przy śniadaniu ma odruch wymiotny. Szybko pojechaliśmy do szpitala, było miło i profesjonalnie, starszy lekarz zbadał i powiedział, że nie widzi nic podejrzanego, poza infekcją gardła. W Nastkę też jakby wstąpiły nowe siły, więc po powrocie do domu na obiad, zabraliśmy się za realizację wczorajszych planów, czyli wyjścia do La Linea, na linowy plac zabaw, do Maca na lody i robić foty bunkrom.


Autobus zawiózł nas na Casemate, wychodząc powiedzieliśmy kierowcy "thank you", jak robi tu większość ludzi i co bardzo mi się podoba, potem przeszliśmy obok banku NatWest, w którym nadal nie można założyć rachunku, przez pas startowy lotniska i wreszcie granicę, gdzie Guardia Civil na jednym rzutem oka oceniła, że nie wytrzęsie z nas ani jednej nielegalnej paczki papierosów, w związku z czym natychmiast przestała się nami interesować. A mogliśmy przemycać uran, albo chociaż hasz z Maroka. Chociaż hasz zwykle podróżuje w drugą stronę, z Hiszpanii na Gib, najczęściej chyba przez Eastern Beach. Zresztą napiszę niedługo o przemycie, bo historie, które opowiadają mi tutejsi, są naprawdę niezłe.




Najpierw plac linowy, tak było ustalone od początku. Po Nastce nie widać było nawet śladu problemów sprzed kilku godzin, z Julką rzuciły się do tyrolki, przy której stała gromadka hiszpańskich dzieciaków. Dziewczynki czekały na swoją kolej, a ja obserwowałem znajdujących się kilka metrów dalej hiszpańskich rodziców, bez wyjątku młodych, około dwudziestki, względnie nieco ponad. Matki ubrane dość nędznie, w rozciągnięte dresy i klapki, ale mocno umalowane, ganiały za dziećmi, których tatusiowie, wszyscy w typie macho fantastico, od stóp do głów modni, zadbani, wszyscy z identyczną fryzurą "na piłkarza Realu" (względnie Atletico, czy innej Barcy), zajęci byli głośnymi (chyba nie potrafią tu mówić cicho) pogaduchami i nie bardzo przejmowali się ani dziećmi, ani tym, że statystycznie rzecz biorąc co drugi z nich jest lub będzie bezrobotny.




Po placu zabaw poszliśmy na lody do pobliskiego McDonalda, gdzie spotkaliśmy dość niezwykłą osobę, buddyjskiego mnicha siedzącego przed fast-foodem i rozmawiającego z jakimiś ludźmi. Niestety nie miał przed sobą Big Maca ani frytek, bo wtedy podszedłbym bliżej i na bezczela zrobił mu zdjęcie. Mimo wszystko i tak wyglądał niezwykle na tle okolicy.



Potem rozdzieliśmy się z dziewczynkami. One wróciły na linowy plac zabaw, a odszedłem kilkaset metrów dalej, oglądać linię umocnień, które kiedyś "broniły" Hiszpanów przed zakusami zdradzieckich Brytoli.



Franco, obiekt mokrych snów polskiej prawicy, wyraźnie zaznaczył w La Linia swoje panowanie. Pod względem ilości bunkrów nie przebił Envera Hodży, który miał chyba takie marzenie, żeby każdy Albańczyk, gdyby tylko miał ochotę schować się w dwóch bunkrach naraz, miał taką możliwość. Franco nie był jednak komunistą i poszedł w jakość, a nie ilość, budując mniej bunkrów, za to większych. Miał powody, bo uroił sobie, że Anglicy na pewno go zaatakują z Gibraltaru (z kolei Anglicy byli pewni ataku hiszpańsko-niemieckiego), a wznoszone przez nich pozycje obronne, na wypadek gdyby generalissimus jednak dogadał się z Adolfem, to podpucha i maskowanie przygotowań do napaści.



Dzisiaj bunkry stoją opuszczone przez załogi i pasują do okolicy jak pięść do nosa, raz że mają zupełnie inne przeznaczenie, a dwa że są nieotynkowane, więc w przeciwieństwie do pobliskich bloków, tynk nie odpada od nich płatami. Jedno co wspólnego mają bunkry z okolicą, to SYF. Syf jest wszechobecny i w La Linia zastępuje chyba w charakterze symbolu słynne byki z reklam, które wszędzie już chyba kojarzą się z Hiszpanią. Julka powiedziała mi, że gdyby zrobić plebiscyt na najbardziej zasyfione miasto w Hiszpanii, to La Linia na pewno by wygrała, a ja nie mogłem przestać myśleć o tym, skąd moje dziecko zna słowo "plebiscyt".


Żeby nikt nie powiedział, że najeżdżam na Hiszpanów, a gloryfikuję Gibraltarian, to wyraźnie napiszę: po jednej i drugiej stronie granicy ludzie nie dbają o swoje otoczenie. Śmiecą i to przeokropnie! Szczególnie razi mnie to, że każdy palacz wyrzuca niedopałki tam, gdzie stoi, po prostu pod nogi, nie rozglądając się nawet za śmietnikiem, a palaczy jest tutaj mnóstwo, więcej niż w Polsce. Tyle że Gibraltar jest stale sprzątany, więc w zasadzie nie mieszkając tutaj, łatwo byłoby odnieść wrażenie, że mieszkańcy Skały są bardzo schludni i dbają o to, jak wygląda to ich małe państwo. 

Wracając do siebie, przeszliśmy kolejny raz obok bardzo barwnej osoby, która chyba od ponad roku "mieszka" w pudle ustawionym przy płocie nieopodal przejścia granicznego. Ta pani jakiś czas temu straciła mieszkanie, ponieważ nie była w stanie za nie płacić. Stwierdziła wtedy, że ma dostać jakiś lokal od rządu i tyle, a żeby zwrócić na siebie uwagę, zamieszkała pod (niemal) gołym niebem i będzie strajkować. Jak widać na zdjęciu, jej starania jak do tej pory nie zostały uwieńczone sukcesem, są natomiast świetnym przykładem hiszpańskiej mentalności, która na równi z Brukselą odpowiedzialna jest za kryzys, jaki od lat toczy płw. Iberyjski, czy szerzej mówiąc, całe południe Europy.


I granica.


Kilka kroków i już widać, że jesteśmy w Zjednoczonym Królestwie. W naszym Gibraltarze.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz