czwartek, 20 listopada 2014

7 dni w Polsce

15 listopada nasza koleżanka Monika wychodziła za mąż i już od wakacji było wiadomo, że tej imprezy nie będziemy mogli sobie odpuścić, więc kupiliśmy szybko bilety i potem już tylko trzymaliśmy kciuki, żeby narzeczeni do wyznaczonego terminu się nie rozmyślili ;)

Na krótko przed przyjazdem do Polski odwiedzili nas mali Kajtek i Ruta wraz z rodzicami, którzy dużo podróżują i prowadzą bloga o nazwie Kajtostany Zamarzyło się im, by pojechać z dziećmi do Afryki rowerami (nie startowali na szczęście z Polski, a z hiszpańskiej Malagi) i po drodze zahaczali o Gibraltar, więc skontaktowali się z nami przez Couchsurfing i spędzili u nas kilka dni przed promem do afrykańskiej Ceuty. 


Dziewczynki nasze były zachwycone gośćmi, szczególnie małą, bo zaledwie 5-miesięczną Rutką. Anastazja twierdziła nawet, że Ruta właśnie ją lubi najbardziej i że jak podchodzi do małej i zaczyna do niej mówić, albo śpiewać, to ona szybciej się uspokaja i zaczyna się uśmiechać.


We wtorek, 11 listopada pojechaliśmy do Malagi na lotnisko...i niewiele brakowało, a nie polecielibyśmy nigdzie. Parkingi long-term przy lotnisku są fatalnie oznakowane, więc krążyliśmy i krążyliśmy nim znaleźliśmy jakiś, potem musieliśmy jechać na inny, bo na tym pierwszym trzeba było dodatkowo dopłacać za odebranie nas z lotniska. Kiedy wpadliśmy do terminala, było ok. 35 minut do odlotu i w kiosku Norwegiana wybłagaliśmy dosłownie, by wpuścili nas na pokład. I wpuścili chyba wyłącznie ze względu na dzieci :)

Polska przywitała nas w sposób, którego się nie spodziewałem - policyjnymi checkpointami. Jadąc z Warszawy do Lublina trafiliśmy na takie dwa: w Rykach i na trasie szybkiego ruchu, ok. 20 km przed Lublinem. Na obu solidna obstawa mundurowych, zaglądanie do każdego samochodu, w Rykach na parkingu dodatkowo policyjne psy. Czytałem co działo się w Warszawie na tzw. marszu niepodległości, ale działania policji ewidentnie wyglądały jak pokazówka, żeby postraszyć ludzi. Do tego nie przypominam sobie blokad nawet kiedy w Lublinie uciekali policji groźni przestępcy, więc o ile na pierwszym checkpoincie jeszcze byłem spokojny, o tyle na drugim nie wytrzymałem i delikatnie zbluzgałem dwóch funkcjonariuszy, za sytuację ewidentnie trącącą PRL-em.

W ogóle miałem trochę świadomość przyjechania do niezbyt fajnego, smutnego i szarego miejsca. Na szczęście przyjechaliśmy się bawić, a nie dołować, dlatego m.in. byliśmy na ślubie i weselu, a nie byliśmy na wyborach, które mamy, podobnie jak kandydatów en masse, w głębokim poważaniu.



Poza samym ślubem i weselem (które było bardzo fajne, pierwszy raz widziałem zabawy weselne, które z jednej strony były naprawdę zabawne, a z drugiej nie były żenująco podobno do tych z "Wesela" Smarzowskiego) udało się nam także zaliczyć salsę, w naszej starej szkole oraz kino (Interstellar, Miasto 44, Furia), nadrabiając braki spowodowane tym, że na Gibie premiery są zwykle 1-2 miesiące po tych światowych. Spędziliśmy też mnóstwo czasu z rodziną, a dziewczynki po prawie 5 miesiącach odczuły znów jak to jest, kiedy się ma nadopiekuńcze babcie ;)

Mnie udało się 3 razy wpaść do bezdomnych, do lokalu, w którym od początku listopada co roku wydajemy im ciepłe posiłki i pomagamy, jak tylko jesteśmy w stanie. Było prawie miło, prawie, bo okazało się, że od lata ze znanego grona ubyło kilka osób, które przeniosły się na cmentarz.

Z kolei Julka wracała do Polski przede wszystkim z myślą o spotkaniu z koleżankami z klasy. Kiedy pojechaliśmy do szkoły i dziewczyny spotkał się po długiej rozłące, wszystkie krzyczały i piszczały, a kilka nawet się popłakało. Julia przywiozła dziewczynom piękne, wielkie muszle, zbierane przez nią na Catalan Bay, a koleżanki ze starej klasy przygotowały dla niej kalendarz. Po wspólnej pizzy w lokalu nieopodal szkoły, Julka zabrała kilka koleżanek na działkę, gdzie świrowały do rana dnia następnego, z króciutką przerwą na sen.



Wracaliśmy po 7 dniach, tym razem mogąc cieszyć się z internetu na pokładzie samolotu Norwegian. Prędkością nie oszałamiał, ale jednak Julia była w stanie oglądać filmiki na YT (choć z zacięciami), tylko upload był fatalny, więc nie udało się mi wrzucić na naszego Facebooka zdjęć z lotu. Plan był jeszcze taki, że w Maladze nocujemy w samochodzie, a następnego dnia, nim wrócimy na Gibraltar, idziemy do Ikei i kupujemy kilka potrzebnych nam do domu mebli, ale okazało się, że Justyna w środę rano musi iść do pracy, więc pojechaliśmy prosto na Skałę i o 2.00 w nocy byliśmy już u siebie.

A następnego dnia okazało się, że Anastazja ma ospę wietrzną. Ale tym ona akurat nie zasmuciła się ani trochę, wręcz przeciwnie. Co najmniej tydzień bez szkoły to nie powód do płaczu, szczególnie jeśli choruje się tak "poważnie", że można z uśmiechem na twarzy ganiać po domu, albo oglądać bajki na iPadzie, stojąc na głowie na łóżku, co Nastka robi właśnie w tym momencie ;)

6 komentarzy:

  1. Koleżanka... Ja do tego czasu myślałam, że przyjaciółka... :P A te piękne zdjęcia z wesela zrobił Wam Dawid Jacewski - http://jacewski.pl/.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie jeżdżę jakoś strasznie dużo po świecie, ale zawsze, kiedy wracam, wklejam na fejsa króciutki klip z youtube'a. Ponieważ zawiera bluzgi/Polskę, nie linkuję tutaj, a szukać zalecam na własną odpowiedzialność - "łódź pazura". ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Panie Michale!
    Czytam blog Państwa od kilku miesięcy, czyli od momentu usłyszenia Państwa w audycji "o paluszkach" w RL. Potem Agnieszka Krawiec zaprosiła Was jeszcze przed emigracją, i tej audycji tez słuchałam. Działania Pana żony - Justyny - wzbudzają mój podziw i szacunek, niezmiennie. Podoba mi się Państwa odwaga. Podoba mi się Państwa otwartość na obce kultury. Nie rozumiem jednak jakim prawem i dlaczego nieustannie przemyca Pan w swoich wpisach pogardę i nienawiść do naszej - Polskiej - kultury i ludzi. Zdaje się, że Państwo skończyli studia w Polsce za moje, podatnika, pieniądze. Zdaje się równiż, że Państwo urodzili się w Polsce i mają polskich rodziców. I jeśli nie wdzięczność i nie zachwyt, tak jak nad tym co obce, to chociaż szacunek do innych się należy. Tak, ma Pan prawo do własnych poglądów, co nie oznacza, że ma Pan prawo ciągle "smęcić". Po amerykańsku myśląc: nie podoba mi się coś, to to zmieniam. No i zmienił Pan Polskę na Giblartar, więc proszę nie wypowiadać się w sprawach polskich, które Pan porzucił, bo prawo do tego odebrał sobie Pan. Ja tu mieszkam, pracuję i płacę podatki. Chodzę na wybory i pewnie wolałabym innego życia: słońca na pobliskiej plaż, Afryki za oknem, i hobby zamiast pracy, ale muszę serwować obiadki pierwszoklasistom w mojej szkole i nie uwierzy Pan: tacy frajerzy polscy jak ja, też są potrzebni i płacą za studia, rehabilitacje, leczenie, wykształcenie i zasiłki dla innych, co to psioczą i narzekają i pną się w górę.
    Nie mniej jednak czytać Państwa blog nadal będę z nadzieją na smart - wpisy i relacje podróżnicze. Pozdrawiam moją dawną sąsiadkę Justynę Mitrut, zwaną KROPKĄ...
    Magdalena Gołębiowska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Pani Magdo,

      pisze Pani, że nie wolno mi wypowiadać się na temat Polski, bo z niej wyjechałem. Proszę spojrzeć jednak to z innej perspektywy: równie dobrze jakiś Hiszpan czytający naszego bloga mógłby napisać, że nie mieszkam w Hiszpanii, więc jakim prawem krytykuję działania Guardia Civil na granicy, albo wszechobecny brud, lub też rodowity Gibraltarianin mógłby stwierdzić, że jako nie urodzonemu na Skale nie przysługuje mi prawo do krytykowania tutejszej biurokracji oraz nepotyzmu...

      Wydaje mi się, że jednak mogę pisać o tym, co mi się nie podoba, więc będę robił to dalej, szczególnie zestawiając z lepszymi rozwiązaniami, które czasem widuję, gdy jeździmy tu i tam :)

      Pozdrawiam gorąco i chyba nawet odrobinę zazdroszczę śniegu.

      Usuń
  4. Jaki śnieg?! I niedźwiedzi polarnych na ulicach też nie ma!
    A czy ja mówiłam, że Pan nie może pisać?! Pisz Pan! PIS Pan?
    MG

    OdpowiedzUsuń
  5. Chyba za dużo telewizji... Śnieg, to tylko w Suwałkach i Białymstoku.

    OdpowiedzUsuń