poniedziałek, 29 grudnia 2014

Piękne Castellar de la Frontera

Naszym założeniem przy wyprowadzce z Polski na Gibraltar było to, by nie zamknąć się w nowym miejscu, tylko nadal jeździć, latać, odwiedzać miejsca, w których wcześniej nas nie było, a które warto zobaczyć. Wiadomo było, że tempa z pierwszej połowy 2014 roku nie utrzymamy, bo zadomowienie się na Skale musiało potrwać (i potrwało), chodziło o to, by choć trochę ruszać się z miejsca. Pojechaliśmy do pięknej Tarify (klik), potem do jeszcze piekniejszej Lizbony, którą odwiedzić chcieliśmy od lat (klik), ale od września w zasadzie nie było już nic.

W ramach przygotowań do postanowień noworocznych stwierdziliśmy, że musimy więcej podróżować, więcej zwiedzać i oglądać, częściej zachwycać się pięknymi miejscami. Ale nie mogliśmy wyczekać do stycznia, więc kiedy Justyna wyszukała w necie wspaniałe zdjęcia zamku położonego zaledwie 40 km od Gibraltaru, pojechaliśmy przy pierwszej okazji.

Castellar de la Frontera okazał się miejscem jeszcze wspanialszym niż oczekiwaliśmy. Jadąc samochodem już z dużej odległości widzieliśmy wspaniałe kamienne mury zamku i miasteczka, górujące nad okolicą ze szczytu wzniesienia, pod którym leży rozległe jezioro. Co ciekawe, miejsce to nie jest zakażone turystyką, w złym znaczeniu tego słowa. Opodal bramy zaledwie jedna restauracja i jeden sklep, w dodatku nie z chińskim szajsem, a z rękodziełem, biżuterią itp. Wejście  do środka miasteczka jest zupełnie bezpłatne, nigdzie nie zauważyliśmy żadnej kasy biletowej.

Kiedy tylko przeszliśmy przez bramę, dosłownie zaparło nam dech i w zachwycie pozostaliśmy przez cały czas, kiedy chodziliśmy wąskimi uliczkami, podziwiając to piękne miejsce!










Obeszliśmy miasteczko zwiedzając każdą z małych, pięknych uliczek, po czym ruszyliśmy drogą wokół murów miejskich, skąd doskonale widać było nasz dom, skałę gibraltarską. 




Na "podgrodziu" stoją murowane, kamienne domy, niewielkie, pięknie pomalowane, pewnie w swojej formie niewiele różniące się od tego, co stało tam kilkaset lat temu, może poza "strzechami" na niektórych dachach, wykonanymi tak fatalnie, że pod nimi musiała leżeć warstwa gumy. Ale to nic dziwnego, skoro nawet w Polsce specjalistów od kładzenia strzechy tradycyjnymi metodami jest niewielu i bardzo się cenią.


Castellar, podobnie jak wiele miejscowości w Andaluzji, ma swój mikroklimat, zapewniany przez okoliczne wzniesienia, ciemne chmury kłębiły się wszędzie dookoła, widać było, że zaledwie kilka kilometrów dalej pada, ale u nas było pięknie i słonecznie.



Uliczki i domy w obrębie murów tak nam się spodobały, że poszliśmy oglądać je jeszcze raz, tym razem zostawiając na placu przy bramie dziewczynki, które zaczynały już narzekać na bolące nogi.









Myszkując w każdym zakamarku trafiliśmy na Balcón de los Amorosos, czyli balkon zakochanych, położony od strony jeziora, z pięknymi widokami. Niestety, nie zabraliśmy ze sobą żadnej kłódki, by założyć na balustradę, ale na pewno zrobimy to następnym razem, bo wiemy że do Castellar będziemy wracać i to nie raz. 



Miasteczko jest naprawdę niewielkie, szybkie przejście uliczkami, to około 20 minut, ale warto poświęcić więcej czasu, obejrzeć każde miejsce, zajść do sklepików, czy po prostu usiąść na chwilę i czerpać dobrą energię z tego wspaniałego, pięknego, magicznego miejsca.








I to było wszystko, pojechaliśmy drogą w dół, z powrotem na Gibraltar, zatrzymując się jeszcze kilka kilometrów dalej w restauracji, przy której stało mnóstwo samochodów, co nas bardzo zachęciło. I dobrze że tam pojechaliśmy, bo w cenie zaledwie 40 euro zjedliśmy pyszny obiad, między innymi dziczyznę: mięso z sarny i dzika. Z tego ostatniego niesamowicie ucieszyła się Julia, która tego mięsa jest wielką miłośniczką :)


Jeśli będziecie na Costa del Sol, nie możecie nie pojechać do tego miejsca! Castellar de la Frontera powinno być obowiązkowym punktem dla każdego, kto od hiszpańskiej wycieczki oczekuje więcej niż tylko leżenia plackiem na wspaniałych skądinąd plażach nad morzem Śródziemnym.

1 komentarz:

  1. Chyba jeszcze nie zeszły ze mnie emocje po seansie: Bitwa Pięciu Armii, bo oglądając niektóre zdjęcia widziałam Shire :D

    OdpowiedzUsuń