niedziela, 25 stycznia 2015

Total Fakap, ale z happy endem.

W przyrodzie musi istnieć równowaga. Jeśli wszystko układa się świetnie, to raz na jakiś czas musi wystąpić sytuacja przypominająca, że może być także źle, a nawet bardzo źle. Teraz dopadło to nas...

W wielkim skrócie można napisać, że w ciągu kilku dni okazało się, że w naszym domu mieszkają pluskwy, później Justyna próbowaliśmy, na szczęście nieskutecznie, spalić sobie kuchnię, a na koniec przez dłuższą chwilę groziło nam wyrzucenie z mieszkania. Ale po kolei.

Od początku naszego pobytu na Gibie, byliśmy od czasu do czasu gryzieni podczas snu. Myślałem że to komary, bo fruwało ich mnóstwo, więc poza okresowym ubojem siedzących na suficie przy pomocy gazety, nie robiłem nic. W sumie to co mieliśmy zrobić, komary są niemal wszędzie. 
Potem, w październiku, Anastazja zaczęła mieć krostki, najpierw na rękach, potem na nogach, a później na całym ciele. W tym samym czasie w jej szkole panowała epidemia ospy wietrznej, więc uznaliśmy, że to jest to. Nastka przez 2 tygodnie siedziała w domu, dostawała leki, uspokoiło się. Potem pojechaliśmy do Polski i krostki zniknęły, po czym wróciły gdy znaleźliśmy się znów na Gibraltarze. Wizyta u lekarza nie dała nic, poza wykluczeniem ospy i sugestią alergii. Więc znów leki, maść na krostki i tak dalej. Bez rezultatu, krostki pojawiały się i znikały.

Wreszcie w ubiegłym tygodniu, kiedy mieliśmy w domu sporo gości i musieliśmy dziewczynki położyć na podłodze, Nastka obudziła się dokumentnie pokryta krostkami, było ich ponad 40 na całym ciele. W szkole też to zauważyli, trudno żeby nie, wypytywali ją i nas o to, co się dzieje. W końcu poświęciłem sporo czasu na googlanie i sprawdziłem każdą możliwą ewentualność, z których najbardziej pasowało pogryzienie przez pluskwy: bo i ślady zgrupowane po kilka obok siebie i nowe ugryzienia po nocy i przykry zapach, który wcześniej kojarzyliśmy z grzybem, pojawiającym się w mieszkaniu od czasu do czasu...

Kupiliśmy myjkę parową, spray na robactwo, czyściliśmy i sprawdziliśmy bardzo dokładnie łóżka: u Nastki znaleźliśmy 3 pluskwy, u Julii 2, a w naszym materacu i szafce na książki w sumie ponad 40. Materac wyrzuciliśmy, bo pluskwy traktowane parą wyłaziły z niego bez przerwy, po czym (było dobrze po 20.00) napisałem do agencji nieruchomości, od której wynajmujemy mieszkanie, że znaleźliśmy źródło smrodu, o którymi pisaliśmy im wiele razy wcześniej i że to nie grzyb, ale pluskwy, a także że wywaliliśmy materac, bo było w nim gniazdo pluskiew.

Rano dostaję maila od pani, która już kilka razy wcześniej w rozmowach z nami dała odczuć, jak bardzo źle czuje się muszą obsługiwać takich klientów jak my i generalnie traktowała nas, jak dzikusów, z kraju trzeciego świata. W mailu informacja, że złamaliśmy umowę wynajmu wyrzucając materac i że w związku z tym rozwiązuje umowę (notice of eviction, czyli tracimy wpłaconą kaucję) i mamy się wynosić. I oczywiście sugestie, że pluskwy to nasza wina, ponieważ nigdy wcześniej z tym mieszkaniem nie było żadnych problemów. Nigdy, przenigdy. Ale rozmawiamy z sąsiadką, sympatyczną starszą panią, która bardzo polubiła nasze dziewczyny. Okazuje się, że poprzedni lokator (bodaj Pakistańczyk) w mieszkaniu nie sprzątał i generalnie utrzymywał je w kiepskim stanie, jeszcze wcześniejsi lokatorzy wyprowadzili się, bo ich córka cierpiała z powodu wilgoci i grzyba w mieszkaniu, a na dodatek mieszkanie było odpchlane po poprzedniej właścicielce, która trzymała w nim jakąś nadzwyczajną liczbę kotów... Uzbrojony w tą wiedzę poszedłem do agencji.

Tam dopiero się zaczęło, trzy panie dosłownie siadły na mnie, oskarżając mnie o wszyscy, o tylko się dało. Z najdziwniejszych rzeczy:
- jesteśmy Rumunami
- nie sprzątamy w mieszkaniu, bo jakbyśmy sprzątali, to zobaczylibyśmy ślady krwi na pościeli, po rozgniecionych pluskwach
- sami przywlekliśmy robactwo do domu
- nie umiemy zajmować się naszymi dziećmi

Kiedy sympatycznie panie powtórzyły, że z mieszkaniem zajmowanym przez nas nigdy wcześniej nie było problemów, ja z kolei powtórzyłem co mówiła mi sąsiadka. Nie powiem, przyjemnie było obserwować ich miny. Jedna po chwili nie wytrzymała i krzyknęła, że nasza sąsiadka powinna nie wtrącać się w nieswoje sprawy. Od tamtej pory ich atak wyraźnie stracił impet, więc pozwoliłem sobie przejąć inicjatywę. Po kilku truizmach, m.in. o tym, że jako agencja powinny zaopiekować się mną, skoro jestem ich klientem, stanęło na tym, że nie jesteśmy wyrzuceni, tylko że powinniśmy się wyprowadzić za porozumieniem stron, kiedy będzie nam wygodnie. Chwilę później rozmawialiśmy już o czyszczeniu mieszkania z robali, oczywiście usłyszałem, że nie mają nas gdzie przenieść, że musimy sobie nowe mieszkanie znaleźć sami i to jak najszybciej. Nie miałem czasu dalej siedzieć i z nimi rozmawiać, na odchodnym powiedziałem jeszcze tylko, że pozostałości robaków, które zabrałem pokazać paniom, zaniosę do Environtmental Agency. Chwilę później zdecydowanie zbyt mocno próbowały mnie przekonać, żebym zostawił torbę u nich, a one powiadomią władze same. Więc oczywiście odmówiłem.

Dodatkowy punkt zdobyłem po rozmowie z ekipą odrobaczającą, która stwierdziła jednoznacznie, że wyrzucając materac od razu, bez czekania na następny dzień, żeby skontaktować się z agencją, zrobiliśmy jedyne co można było zrobić. Kiedy napisałem o tym do miłych pań, w odpowiedzi przeczytałem, że nowy materac dostarczą nam na własny koszt po odrobaczaniu, ale żeby nie było mi zbyt miło, kolejny raz dołączona została sugestia, że robaki do mieszkania sprowadziliśmy sami.

Efekt?
Jutro na dwa dni wyprowadzamy się do hotelu na koszt agencji, w tym czasie ekipa wymorduje robactwo żyjące w naszym mieszkaniu. O wyrzucaniu już od kilku dni nie ma mowy. Przy okazji zajdę także do miejscowego odpowiednika naszego Rzecznika Praw Konsumenta, żeby dokładnie dowiedzieć się, jakie przysługują mi prawa w tej sytuacji.

Poza tym odkryłem niesamowity wpływ południowego słońca na moje podejście do życia. W Polsce pewnie zrobiłbym z tego niesamowitą awanturę i chodził wściekły przez co najmniej tydzień, tutaj sprawę po prostu zlaliśmy. Bez nerwów, bez stresu. Trzeba będzie się wyprowadzić? OK. Zostajemy? Też OK. Są w życiu ważniejsze sprawy. No i odkryłem, że na Gibraltarze nie żyją sami fajni ludzie. Zdarzają się też ludzie bardzo niefajni. I w sumie to dobrze, bo gdyby było inaczej, to jeszcze od dobrobytu by się nam w głowach poprzewracało :) :) :)

A za chwilę razem z dziewczynkami jadę na plażę, niestety nie żeby się kąpać. Temperatura dziś to 17 stopni, ale słońce przypieka tak, że wydaje się, jakby było ponad 20. Przynajmniej po piachu się troszkę poganiamy.

Pokój, miłość & mañana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz