poniedziałek, 12 stycznia 2015

Wielka Orkiestra na Gibraltarze

Na początku muszę to napisać: nie przepadam za Owsiakiem. Podobnie jak Hołdys, jest to osoba co do której miałem kiedyś podejrzenia, że może być kimś normalnym, kto chce pracować dla innych, niespecjalnie dbając o to, co dostanie w zamian poza satysfakcją z pracy. Obu osobom niestety sodóweczka uderzyła do głowy tak mocno, że pewnie bucha uszami i o ile Hołdys jest "tylko" megalomanem, to Owsiak, jak wszystko wskazuje, dodatkowo stwierdził, że zasługuje na fajne życie finansowane przez organizację, na rzecz której pracuje. Żeby nie było - uważam, że nie ma nic złego w pracy zarobkowej na rzecz ngo. Słabo robi się, kiedy zaczyna się tę organizację doić, kiedy motywacją do pracy staje się kasa oraz lans i bauns, a nie cele wspólne z jej celami.

Czy jednak sytuacja z Owsiakiem jest wyjątkowa? No właśnie, kuźwa, nie jest...
Moja żona kiedyś z nudów sprawdziła sprawozdanie pewnego kierowanego przez księdza hospicjum, za rok 2012, żeby odkryć, że mają tyle samo pracowników, co podopiecznych, na administrację wydają więcej, niż na cele statutowe, a najwyższe wynagrodzenie to bagatela, 20 tyś złotych miesięcznie... Ja sam znam dobrze organizację, która korzysta z środków miejskich, jednocześnie unikając, jak diabeł święconej wody, wyspowiadania się z tego, co z tymi pieniędzmi potem robi. A jednocześnie "menedżment" tej organizacji działa na zasadzie aksjomatu o własnej nieomylności, w czym bardzo przypomina osoby wspomniane wyżej.

W takiej sytuacji, która wydaje się być niestety dość powszechna, fajnym wyjątkiem jest stowarzyszenie mojej żony*, organizacja pożytku publicznego, w której zatrudniona jest 1 (słownie: jedna) osoba, a cała reszta, w tym moja żona, tyra pro bono. Chyba warto o tym pamiętać.

***

Ale WOŚP to nie Owsiak i Owsiak to nie WOŚP.
Kto miał okazję rozejrzeć się po oddziałach neonatologicznych, ten na pewno zauważył różne nowoczesne sprzęty medyczne, opatrzone logiem Orkiestry. Kto miał okazję porównać sprzęt na oddziale wspieranym przez WOŚP i tym, który takiego wsparcia nie otrzymuje, tym bardziej wie o czym mówię. Dlatego uważam że ta akcja jest bardzo dobra i ze wszech miar warta wsparcia i kontynuowania, chociaż życzyłbym sobie, żeby Owsiak i wszelkie zawinione przez niego problemy pożegnały się czym prędzej z Wielką Orkiestrą (ma już ona na tyle silną markę, że bez trudu poradzi sobie z innym dyrygentem). Jeśli obecny szef jest zaś wart tyle, ile zarabia, to znajdzie sobie nową pracę bez trudu, przy okazji odbierając rzeszy prawicowych ścierwojadów świetny pretekst do jeżdżenia po WOŚP, w efekcie czego będą oni musieli wrócić do swoich starych śpiewek typu "nie dawajcie na WOŚP, bo jest Caritas" oraz "szatan, szatan, szatan".

No i tym przydługim wstępem mam nadzieję, że wytłumaczyłem dlaczego nie tylko wrzucam do puchy, ale i sam w WOŚP działam. Bo mamy Orkiestrę także na Gibraltarze, kto uważnie czytał bloga, ten zauważył to z pewnością. Finał na Skale oczywiście nie był spektakularny, bo i ludzi niewielu i nasze możliwości skromne, ale na pewno każda możliwość uczynienia go bardziej atrakcyjnym została wykorzystana, co jest zasługą Zuzy, w zasadzie jednoosobowej szefowej gibraltarskiego finału oraz wielkiej fance (żeby nie powiedzieć: fanbojce) Orkiestry. Nie wiem ile nocek zarwała, ale efekty były naprawdę wspaniałe.

Tomek i ja prowadziliśmy imprezę, on po hiszpańsku, ja po angielsku, obaj po polsku. Dla Tomka to był już drugi raz w edycji gibraltarskiej WOŚP i szalał znacznie bardziej niż ja :)


A to Zuza, kierowniczka.


Julka i Nastka nie mogły się doczekać finału Wielkiej Orkiestry, bo mieliśmy mnóstwo różnych zabaw dla dzieci, poza tym obie bardzo chciały pomagać, w czym tylko się dało.



Największa atrakcja dla mnie? Na pewno pokaz flamenco. Nigdy wcześniej nie widziałem tego tańca na żywo i szczerze mówiąc w telewizji nigdy nie robił na mnie szczególnego wrażenia, ale zobaczyć to na żywo, to zupełnie coś innego. Flamenco jest tak pełne emocji, że siedziałem z szeroko otwartymi z wrażenia ustami, wystarczył jeden gitarzysta, jeden wokalista i dwie tancerki, z których jedna jest Polką. Pokaz odbywał się na piętrze "naszego" pubu i podłoga podczas tańca poruszała się tak, że zastanawiałem się, czy za chwilę wszyscy nie wylądujemy piętro niżej ;)


Był też koncert coverów, leciały najlepsze "evergreeny", Lady Pank, Hey i tak dalej.


Ale oczywiście na pierwszym miejscu było to, ile uda się nam zebrać do puszek. Sprzedając polskie jedzenie (bigos!!!), organizując aukcję z wieloma fajnymi rzeczami do licytowania (w tym komiks w którym znalazły się dwa moje zdjęcia: klik), a także loterię dla dzieci i osobną dla dorosłych. Udało się nam zebrać w sumie 2000 funtów! Niby niezbyt wiele, ale patrząc z drugiej strony, to niemal 1/10 tego, ile zebrano wczoraj w naszym rodzinnym mieście, Lublinie. Poza tym wiadomo, grosz do grosza...


Po finale wszyscy bez wyjątku byli wyczerpani psychicznie i fizycznie. Ja z tego powodu zgubiłem tylko okulary, ale były i większe straty, na przykład portfel z pieniędzmi i kartami kredytowymi. Portfel na szczęście szybko się znalazł, okulary niestety jeszcze nie...



* taka mała prywata: jeśli możecie, wesprzyjcie Stowarzyszenie W Naszych Rękach swoim 1% podatku, albo inną darowizną, bo naprawdę zasługują na wsparcie.


2 komentarze:

  1. Nadal jakoś nie mogę się przekonać, że Owsiak to buc. :) http://zoba.to/-/xOGx25/

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja w tym roku nie wrzuciłam do puszki, ponieważ spotkałam tylko bandę małolatów, którzy (jak wiele osób twierdzi) pod wieczór udają się do piwnic i odsypują większość kasy do kieszeni. Natomiast ogólnie wsparłam WOŚP poprzez zakupy w Lidlu, tam dostałam też serduszka i to mi wystarczy.
    Jeśli chodzi o fundacje...to krew mnie zalewa jak przypomnę sb historię, która poruszyła serca Polaków niespełna rok temu. Pan Daniel Andrzejak, ojciec 5 dzieci, stracił żonę - zmarła po ostatnim porodzie. Sytuacja zmusiła go do pójścia na urlop rodzicielski, jednak ZUS odrzucił wniosek, ponieważ żona nie pracowała. Sprawa została szeroko nagłośniona i "ruszyła lawina". ZUS szybciutko zmienił decyzję, a do rodziny Andrzejaków zewsząd napływała pomoc finansowa i rzeczowa, oczywiście od ludzi dobrego serca (bo przecież nie instytucji państwowych)... Wzruszająca historia poruszyła także jedno serce - pana Edwarda Osińskiego - polskiego milionera. Pan Osiński skontaktował się z fundacją Ewy Błaszczyk i przekazał na rzecz rodziny Andrzejaków ogromny majątek: piękną rezydencję, 2 stajnie, 11 ha ziemi i lasów. Wartość szacowana na grube miliony. Popełnił jednak duży błąd, mianowicie nie zastrzegł ile z tego wszystkiego ma trafić do Andrzejaków. Jak się oczywiście można było spodziewać, fundacja szybko położyła na tym łapę i ostatecznie ustalono dość nierówny i kontrowersyjny dla opinii publicznej podział - 70% zysków ze sprzedaży majątku dla Kliniki Budzik, 30% dla dzieci pana Daniela.
    Po dziś dzień krew mnie zalewa, jak o tym pomyślę.

    OdpowiedzUsuń