niedziela, 22 lutego 2015

Koniec zimy

Wyjechaliśmy z Polski między innymi po to, by uciec przed zimą. By nie musieć rano odśnieżać dwóch samochodów i skrobać ich szyb z warstwy lodu tak gęstej, że palce kostnieją mimo grubych rękawiczek, jeszcze zanim uda się oczyścić niewielki nawet kawałek. Także po to, żeby oglądać słońce równie często, jak w Polsce ogląda się chmury.

Na Gibraltarze zima to 12 stopni w dzień i 8 w nocy. Tyle wystarczy, by mieszkańcy zaczęli nosić czapki, szaliki i puchowe kurtki, równie grube jak te noszone przez turystów na Krupówkach w mroźny styczniowy dzień. Czasem pada, oczywiście deszcz, nie śnieg (ten padał ostatni raz chyba około 1860 roku, co zostało uwiecznione na obrazie), ale gdybym chciał podsumować tą "najgorszą" porę roku na Skale, to wciąż wychodzi więcej słońca niż w Polsce. No i zima to tutaj czas, kiedy rozkwitają kwiaty i wszystko się zieleni, korzystając z deszczu, który w innych okresach po prostu niemal nie występuje.

A ta pora właśnie się kończy. W prognozie temperatury 16 do 18 stopni i niemal bez przerwy słoneczna pogoda, co oznacza, że odczuwalna temperatura będzie znacznie ponad 20 stopni. Z ciemnymi chmurami pożegnamy się na długie miesiące i mam nadzieję, że razem z nimi odejdą też , oby na zawsze, problemy, którym ostatnio musieliśmy stawić czoła.

Dokładnie tydzień temu, co do godziny, Anastazja była przewożona ze szpitalnego oddziału ratunkowego na oddział dziecięcy, nieprzytomna, zaintubowana. Lekarze powiedzieli nam, że jej poranny atak, kiedy nie było z nią kontaktu, nie mogła ustać na nogach, a my nie byliśmy w stanie jej wybudzić, to epilepsja. Podali jej mocne lekarstwa, po których spała przez kilka godzin, a kiedy się obudziła, była słaba, rozkojarzona i bez przerwy płakała. Spędziła noc w szpitalu, a ja razem z nią, przy okazji mogąc porównać tutejszą służbę zdrowia z Polską. Porównanie nie wypadło korzystnie dla polskich szpitali. Nie jestem chyba w stanie policzyć, ile razy pielęgniarki przez 2 spędzone w szpitalu dni pytały się, czy czegoś nie potrzebuję, czy podać mi coś do picia, albo jedzenia (!!!), a kiedy powiedziałem, że chciałbym spędzić noc przy łóżku Nastki, po pół godzinie obok stało drugie, dla mnie. Pierwszy raz zdarzyło mi się też, żeby lekarz przez około 20 minut spokojnie i rzeczowo odpowiadał na moje pytania, nie patrząc się co chwilę na zegarek, albo nie odpowiadając, że on się takich rzeczy uczył 6 lat na studiach, więc po co pytam skoro i tak nie zrozumiem (autentyk z lubelskiego szpitala). Wszystko byłoby jeszcze fajniej, gdyby w tutejszym szpitalu była możliwość wykonania wszystkich badań, które są potrzebne, by zdiagnozować Nastkę, od razu zbadał ją okulista, mieliśmy też robione EEG, ale na tomografię, albo rezonans, będziemy musieli po pierwsze poczekać, a po drugie jechać do Hiszpanii, na szczęście do pobliskiego Algeciras. Szczęście w nieszczęściu, że w przyszłym tygodniu Nastka będzie konsultowana przez dziecięcego neurologa, który przyjeżdża z Londynu tylko dwa razy do roku, więc przynajmniej z tym wstrzeliliśmy się idealnie.

Nastka wyszła ze szpitala następnego dnia. Od tamtej pory nie wydarzyło się nic, co by mogło nas zaniepokoić. Może poza tym, że zachorowała na ospę wietrzną i ma krosty na całym ciele, ale teraz to naprawdę żaden problem :)

Niestety, tego samego dnia, w którym zabieraliśmy Anastazję ze szpitala, okazało się, że Justyna została bez pracy. Restaurację w której pracowała zamknięto z powodu długów, zrobionych przez jej szefa, który dwa tygodnie wcześniej zabrał wszystkie pieniądze z kasy i konta firmowego, po czym pojechał do Londynu na operację. Raczej nie wróci, bo suma zadłużenia wynosi teraz nieźle ponad £15.000 (z tego sporo za media, przez co już raz odcięto prąd), z czego Justyna powinna dostać ponad 1300, ale niemal na pewno już nie dostanie. Tak więc mamy znów jedynie moje zarobki, co oznacza że musimy odpuścić sobie sporo fajnych rzeczy, między innymi wyjazd do Maroko, w góry Atlas, który planowaliśmy na długi weekend z okazji Commonwealth Day...

Trudno. Tak czasem bywa, zdarzyła się nam po prostu kumulacja nieszczęść. Ale skoro zima się kończy, to mam nadzieję, że razem z nią odejdą też te wszystkie problemy. Mamy chwilę czasu na złapanie oddechu, przemyślenie tego, co robić dalej na naszym Gibraltarze. Już niedługo będzie lepiej.

4 komentarze:

  1. Trzymam kciuki, żebyście wyszli ze zdrowiem na prostą. Jak jeszcze nie zrobiliście (Ty i Justyna) a już będziecie mieli kasę, to zróbcie kurs BLS dzieciowego. Zrobiłem, polecam, strach mniejszy. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurs pierwszej pomocy robiłem kilka razy :) Miałem robić jeszcze w Polsce kwalifikowaną, ale nie było dobrych terminów, a to kilka dni wyrwanych z życiorysu. Na Gibie uczę się teraz w St. John Gibraltar do certyfikacji na First Aid at Work, co jest odpowiednikiem polskiej Kwalifikowanej Pierwszej Pomocy i jak go zrobię, to będę jako ratownik działał z St. Johnem przy różnych okazjach :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. I jak tam na froncie zdrowotnym?

    Też mam uprawnienia ratownika KPP, a mimo to zrobiłem jeszcze pediatryczny "dla niań". ;) Pierwszy sygnał, że warto, dostałem na... egzaminie na KPP. Wpadłem mianowicie do sali z "przypadkiem", a tu niemowlę... Poradziłem sobie, ale jednocześnie zdałem sprawę, że z dzieckiem to zupełnie inna sprawa, grają atawizmy, strach trzy razy taki. :> A pediatryczny był o tyle fajny, że było sporo przypadków mniej drastycznych niż na KPP, też było sporo praktyki, więc można było się trochę przyzwyczaić do mniejszego pacjenta, no i karetkowe opowieści dziwnej treści też były, tylko w kontekście dzieciowym. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zobaczymy jak to będzie, na razie po Wielkanocy będzie ewaluacja, a po niej, jeśli pójdzie dobrze, bardziej specjalistyczne szkolenia. Idzie to powoli, bo raz w tygodniu tylko, ale myślę że do wakacji już powinienem być przeszkolony. Może nawet pojeżdżę na karetce, bo Saint John pomaga gibraltarskiemu pogotowiu m.in. w transporcie medycznym, jeśli trzeba wieźć kogoś poza Gibraltar :)

    OdpowiedzUsuń