czwartek, 12 marca 2015

Kiedy w końcu dotarliśmy do Rondy

Wreszcie, wreszcie, wreszcie!

Udało się nam pojechać do miejsca, o którym myśleliśmy jeszcze zanim w ogóle dotarliśmy na Gibraltar - do Rondy. Skorzystaliśmy z przedłużonego weekendu na Gibraltarze (wolny poniedziałek z okazji Dnia Brytyjskiej Wspólnoty Narodów oraz wtorek bez szkoły) i zarezerwowaliśmy sobie bardzo fajne mieszkanie przez serwis Airbnb.pl (jeśli ktoś chciałby skorzystać, to rejestrując się przez link: www.airbnb.pl/c/mzelazo?s=8 dostanie prawie 100 złotych do wykorzystania na start).

Rozmawiałem z chłopakami ze stowarzyszenia i radzili nam nie jechać autostradą wzdłuż wybrzeża, tylko drogą górską, gdzie są o wiele piękniejsze widoki. Tak też zrobiliśmy i chociaż trasa była fatalna, miejscami w ogóle bez asfaltu, albo z dziurą na dziurze, tak po polsku, to widoki rekompensowały wszystko. Dopiero później dowiedziałem się od Conchity z jadłodajni dla ubogich, w której jestem wolontariuszem, gdybyśmy pojechali pociągiem z San Roque, moglibyśmy zobaczyć jeszcze więcej pięknych pejzaży. Ale i tak widoki zapierały dech w piersiach, w ciągu 30 minut z poziomu morza, wjechaliśmy na wysokości niecałego tysiąca metrów. Lepiej niż na drodze znad Morza Martwego do Jerozolimy!


Ronda przywitała nas piękną pogodą i 21 stopniami ciepła. Nieźle, jak na początek marca, prawda? :) Od razu ruszyliśmy w miasto, minęliśmy Plaza de Torros (odwiedziny tam zaplanowaliśmy na później) i doszliśmy do Balkonu "o kur...", czyli Balcon del Coño.


Etymologia nazwy tego miejsca jest bardzo prosta, ponieważ "coño", czyli "o kur..." to słowa które najczęściej wypowiadają ludzie, kiedy staną tam i spojrzą w dół :) Urwisko ma, jak mi się wydaje, dobrze ponad 100 metrów, a widok jaki roztacza się z góry, jest po prostu wspaniały i jednocześnie lekko straszny dla kogoś, kto ma lęk wysokości. Niestety to miejsce, jak wiele innych w Hiszpanii, kryje też tragiczną historię - po zakończeniu wojny domowej wiosną 1939 roku, gdy nie było tam jeszcze barierek, z urwiska strącano ludzi podejrzewanych o sympatyzowanie z republiką. Nie było żadnego sądu, oskarżenie wystarczało, żeby ktoś przyszedł i "zajął się" w odpowiedni sposób oskarżaną osobą. Skojarzenia ze stalinizmem jak najbardziej na miejscu...

Po przejściu mostu łączącego stare miasto z nowym, zeszliśmy na sam dół. Dziewczynki trochę marudziły że stromo i że nogi bolą, ale dały radę, nawet mimo tego, że Julka ma wstręt do latających owadów i co chwilę z przerażeniem krzyczała na widok osy, albo pszczoły.


Na samym dnie wąwozu, pomiędzy dwiema pionowymi ścianami skalnymi płynie sobie rzeka Guadalevin, zbudowano tam też tamę i niewielki zbiornik wodny. Całość wygląda naprawdę niezwykle, w szczególności Nowy Most, najmłodszy z trzech zbudowanych w Rondzie, XVIII-wieczny, a jednocześnie ze wszystkich największy i najbardziej spektakularny.



Po tej przechadzce zwiedziliśmy jeszcze stare miasto i poganiani przez mocno już zmęczone dziewczyny, wróciliśmy do mieszkania. Ponieważ znajduje się ono na ostatnim piętrze kamienicy wyższej, niż większość budynków w mieście, mieliśmy piękne widoki z okien.


Gdy zrobiło się ciemno, ruszyliśmy z Justyną w miasto. Ludzie, którzy w dzień kłębili się po ulicach i uliczkach Rondy teraz gdzieś zniknęli. Byliśmy tym niemal sami, tylko my i polewaczka, sprzątająca ulice, po przejeździe której wszystko wyglądało, jakby właśnie przestał padać deszcz.



Większość restauracji była zamknięta, ale udało nam się trafić do miejsca polecanego przez chłopaka, od którego wynajmowaliśmy mieszkanie. Niewielka restauracyjka okazała się strzałem w dziesiątkę, zjedliśmy naprawdę dużo, popiliśmy dobrym piwem i dzbankiem pysznej sangrii, a zapłaciliśmy tylko 16 eur! Wychodząc wiedziałem, że następnego dnia też tam pójdziemy :)

Kiedy tylko udało się nam zwlec z łóżek, dziewczyny zaczęły ciągnąć nas do Plaza de Toros i nie było wyboru, trzeba było iść! Arena byków w Rondzie jest jedną z najmniejszych w Hiszpanii i jednocześnie jedną z najładniejszych. Urzeka do tego stopnia, że swój teledysk do piosenki "Take a bow" nakręciła właśnie tam Madonna.





Dziewczyny zachwycone niewielką areną, od razu zaczęły zabawy, oczywiście w corridę. Na szczęście w ich trakcie nie ucierpiało żadne zwierzę, ani torreador.


Obok Plaza de Toros jest alameda, czyli promenada, albo aleja. Był tam plac zabaw, a także kolejne piękne widoki z balkonów położonych na samym skraju urwiska.


Na placu przy moście, od strony nowego miasta, stały wielkoformatowe zdjęcia przestawiające Rondę od lat 20-tych do końca 40-tych. Niesamowite było oglądanie i słuchanie starych ludzi, którzy przychodzili tam, oglądali miejsca ze swojego dzieciństwa i głośno rozmawiali o tym, kto i jak je pamięta. W ogóle niesamowite jest to, że starsi ludzie tu nie siedzą w domach, ale nadal żyją pełnią życia, spotykając się z innymi ludźmi, siedząc godzinami i rozmawiając, grając w domino...


Potem poszliśmy na spacer w dół starego miasta, bardzo naokoło wracając do domu przez stary most, zbudowany w tym miejscu jeszcze za czasów kiedy cała Hiszpania nazywała się jeszcze Al-Andaluz.



Ponieważ do knajpki, w której z Justyną byliśmy poprzedniej nocy, udaliśmy się jeszcze raz, muszę się z Wami podzielić moim najnowszym odkryciem! Te małe kanapeczki z bardzo smaczną bułką, zawierają pyszną wieprzowinę, ale dla mnie prawdziwym hitem był sos, który tam dodano - nazywa się mojo picon, pochodzi z Wysp Kanaryjskich i jest moim nowym ulubionym smakiem Hiszpanii.


1 komentarz:

  1. Nie żebym coś sugerował, ale... EL CAMINO DEL REY OTWARLI! :D

    OdpowiedzUsuń