wtorek, 2 czerwca 2015

Steve Hoggarth - koncert na Gibraltarze

O tym, że na Gibraltarze występować będzie Steve Hoggarth dowiedziałem się chyba w lutym, kiedy w internecie pojawiły się pierwsze zapowiedzi wydarzenia. Bilety kupiłem chyba już następnego dnia, a w każdym razie nie ociągałem się z tym zbytnio, tym bardziej że jako miejsce na występ została wybrana jaskinia Św. Michała, położona na szczycie Skały i słynąca z doskonałej akustyki.

Potem musieliśmy już tylko czekać z Justyną na koniec maja, aż wreszcie kiedy nadeszła ta sobota, okazało się, że dzień mamy dokumentnie zaplanowany od rana, aż po północ. Najpierw cotygodniowe przedstawienie Ceremonii Kluczy raz z kolegami z reko, tym raz z dodatkowym pojawieniem się na jakiejś imprezie familijnej, zorganizowanej na Queensway Quay, w jednym z najdroższych adresów na Gibie, gdzie mieszkańcy mogą obserwować jak pod oknami kołyszą się na falach ich koszmarnie drogie łódki. Kolejny raz niestety kiedy reszta strzelała z muszkietów, ja musiałem udawać (myślałem nawet, żeby zacząć krzyczeć "bum"), jednak to się powinno niebawem zmienić, kiedy tylko dostanę pozwolenie na broń, wymagane na Gibraltarze nawet dla  czarnoprochowców :)



Ledwie zdążyłem wykąpać się i przebrać po 4 godzinach w mundurze z grubej wełny, a już trzeba było jechać z Justyną, dziewczynkami oraz ich koleżanką Olą i jej mamą Zuzą, do sali zabaw opodal Algeciras. Po tej atrakcji dzieci miały obiecane odwiedziny w Toys R Us w celu kupienia prezentów na dzień dziecka, ale sala zabaw była tak wciągająca, że gdy ruszyliśmy z powrotem na Gibraltar, nie byliśmy pewni, czy uda się nam dotrzeć na czas na koncert... Było to o tyle ważne, że do jaskini Św. Michała nie można było pojechać samochodem, a jedynie podstawionymi przez organizatorów koncertu busami. Na szczęście rzutem na taśmę zdążyliśmy na ostatni kurs, o 8.30.

A sam koncert? Był po prostu niesamowity, o wiele lepszy niż się spodziewałem.

Zanim na scenę weszła gwiazda wieczoru, kilka utworów zagrała i zaśpiewała młoda artystka, której imienia i nazwiska niestety nie pamiętam, ale która bardzo pięknie wprowadziła publikę w nastrój przed pojawieniem się Steve'a Hoggartha.

Ten zajął miejsce za fortepianem i wykonał kilka swoich solowych utworów, po czym  przeczytał publiczności fragment swoich dzienników, które kupić można był przy wejściu do jaskini. Wyglądało to początkowo jak zwyczajna reklama, a przecież wszyscy przyszli słuchać muzyki, ale okazało się że po pierwsze historia była bardzo ciekawa, a po drugie świetnie napisana. Poza tym było w niej mnóstwo naśmiewania się z Amerykanów, co Brytyjczycy robią dość często i z wielką przyjemnością.

Kiedy byłem młodszy, uwielbiałem jeździć na koncerty i przyzwyczaiłem się trochę, że typowy "set" prezentowany przez wykonawców trwa do 1.5 godziny, dlatego bardzo zdziwiło mnie, jak długo występował Hoggarth, było to w sumie około 2.5 godziny plus przerwa w połowie jego koncertu. Po tej przerwie do muzyka na scenie dołączyli goście: gitarzysta Dave Gregory, a także dzieci Steve'a, syn Nial oraz córka Sophie. Wykonali najbardziej znane utwory Marrillion i Hoggarth'a, między innymi Easter oraz Beautiful i kilka coverów, z których najbardziej podobała mi się przeróbka The whole of the moon z repertuaru grupy The Waterboys. 

Miejsce w którym odbył się koncert idealnie nadaje się dla muzyków. Poza świetną akustyką, jaskinia Św. Michała jest także niezwykle klimatyczna, co mam nadzieję widać choć odrobinę na zdjęciach. Wychodziliśmy z Justyną po prostu zachwyceni, oczarowani miejscem, a także tym, jak niesamowity koncert zagrał Steve Hoggarth.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz