poniedziałek, 26 października 2015

Lower St. Michael's Cave

Nie ma co, poszczęściło nam się :)

Żeby wejść do dolnej części Jaskini Świętego Michała (o górnej piszemy na przykład tutaj: http://smartwithkids.blogspot.com/2015/06/steve-hoggarth-koncert-na-gibraltarze.html) trzeba się umawiać z przewodnikiem - grotołazem, no i sporo zapłacić. My weszliśmy za darmo, w dodatku nie z wycieczką, ale z... ekipą niemieckiej telewizji, kręcącej dokument o Gibraltarze.

Wpadli do nas dzień wcześniej, żeby nagrać jak w strojach szkockich żołnierzy z Czarnej Straży robimy sobotnią Ceremonię Kluczy i jakoś tak wyszło, że potrzebowali kogoś do pójścia z nimi do jaskini, jako "turyści". No i poszliśmy, ja z Julią, niestety bez Anastazji i Justyny, bo Nastka nie poradziłaby sobie na dole, jest jeszcze trochę za mała, ale na pewno spróbujemy wszyscy razem, kiedy podrośnie.

No właśnie - ponieważ nie było z nami Justyny, zdjęcia są takie, jak widzicie. Talentu mi brak, umiejętności także, mam nadzieję, że przynajmniej jako dokumentacja tego, co się działo, będą się one nadawały.




Wejście do dolnej części St. Michael's Cave znajduje się na zachodnim stoku Skały, poniżej głównego wejścia, tego którym dostać się można do sali koncertowej. Wchodzimy do mniejszej jaskini z betonową wylewką na podłodze, tam podczas wojny przygotowano sale operacyjne, jak część szpitala wojskowego, który w razie potrzeby mógł przenieść się do bezpiecznego wnętrza Skały. 

Dolną część odkryto przypadkiem. Do powiększenia jaskini wojsko używało ładunków wybuchowych i po którymś z kolei strzelaniu fragment podłogi po prostu się zapadł, odkrywając przejście do nieznanych wcześniej fragmentów. Wystarczyło tylko zejść kilka metrów niżej i już znaleźliśmy się w speleologicznym raju. Wraz z nami, poza trójką Niemców, by mój kolega Joseph oraz dwójka gibraltarskich grotołazów.



Na samym początku Julia była nieźle przestraszona. To był jej pierwszy raz jeśli chodzi o eksplorowanie "dzikiej" jaskini i nie była do tego przygotowana, bo z trekkingowych butów niestety już wyrosła. Na całe szczęście szkolne adidasy dały radę. 


Przechodząc z jego pomieszczenia do drugiego czasem musieliśmy się wspinać, czasem schodzić w dół, mniej już bardziej stromą drogą. W każdym trudniejszym miejscu czekały na nas liny, a przewodnik doradzał którędy i jak iść, żeby po drodze nie spaść i się nie połamać.

W jednym miejscu lina do wspinaczki przymocowana jest do stalgmitu wyglądającego jak siedzący makak gibraltarski, oczywiście jest z tym związana historia: lokalna legenda głosi, że Skała pozostanie brytyjska tak długo, jak będzie na niej choć jedna z tych uroczych, choć czasem upierdliwych małpek. Zostanie więc taka już na zawsze, bo w jaskini mamy kamienną małpę, w dodatku, na wszelki wypadek, przywiązaną liną  ;)))




Co ciekawe, za czasów kiedy jeszcze mieszkał pod adresem 10 Downing Street, Gibraltar odwiedził Winston Churchill i zapragnął wybrać się do dolnej części jaskini. Nie doszedł do samego jej końca, po drodze stwierdził, że ma już dość i wychodzi. W sumie nic dziwnego, z taką tuszą to dzisiaj do środka nikt nawet by nie wszedł. Kilka razy trzeba bowiem przechodzić na czworaka przez wąskie i niskie korytarze. Ktoś kto dba o linię wyłącznie po to, żeby była ona widoczna z dużej odległości, mógłby się zaklinować. I kłopot gotowy.



Idąc tak przez jaskinię musieliśmy cierpliwie znosić zachcianki niemieckiego operatora kamery, który kazał nam powtarzać tę samą czynność po kilka razy, żeby zrobić jak najlepsze ujęcie. Szef filmowców natomiast wydawał się mocno znudzony widokami, wciąż pytał, kiedy będą mogli zobaczyć coś bardziej spektakularnego. Nie dziwię się, że przewodnik trochę się wkurzał, ponieważ wnętrze jest naprawdę niezwykle piękne i nie wiem jakim tłumokiem trzeba być, żeby przechadzając się po tak niezwykłym miejscu zachowywać się jak stereotypowy turysta, który już wszystko widział, nic go nie dziwi, a czeka tylko kiedy dostanie drinka. Najbardziej sympatyczny z trzech Niemców był operator dźwięku, który dla odmiany nie odzywał się w ogóle.

Kiedy dotarliśmy do podziemnego jeziorka, filmowcy, niczym ponad pół wieku wcześniej sam prime minister, odpuścili i stwierdzili, że dalej nie idą. Bo niby sprzęt mają drogi i nie chcą go uszkodzić. Dla nas było to tylko lepiej, bo zostawiwszy ich za sobą mogliśmy głośno ich obgadywać (Gibraltarczycy robili to zresztą bez przerwy, po Hiszpańsku, z czego ja rozumiałem tylko piąte przez dziesiąte), okazało się też, że nie tylko ja nabijam się z języka niemieckiego, przewodnicy stwierdzili, że każde zdanie w nim brzmi, jakby ekipa kogoś obrażała. Miałem dodać, że w Polsce jest takie powiedzenie, że po niemiecku każde zdanie brzmi jak rozkaz, by rozstrzelać jeńców, ale się powstrzymałem. 

I tak darliśmy z nich niezłego łacha, tym bardziej było nam wesoło, kiedy dotarliśmy do stalagmitu nazywanego herr Hitler, ponieważ jego górna część wygląda jak charakterystyczna fryzura fuhrera, czyli po naszemu "w ząbek czesany". Przy skale - Adolfie przewodnik powiedział, że był tutaj niedawno z wycieczką młodzieży ze szkoły żydowskiej i na szczęście w ostatniej chwili ugryzł się w język i razem z dziećmi minął charakterystyczny stalagmit bez słowa.


By dostać się na drugą stronę jeziora musieliśmy przejść po bardzo wąskiej (10 cm, a czasem nawet mniej) ścieżynce nad brzegiem, a później jeszcze dookoła grubej kolumny skalnej. Na początku wyglądało to strasznie i byłem pewny, że ktoś się tam wykąpie, w zasadzie byłem pewny, że tym kimś będę ja, ale jakoś udało się przejść i nikt nie wpadł do 5-metrowej głębokości jeziora. Za raz nim znajdowała się ostatnia część jaskini Św. Michała, tam jeszcze przez chwilę pożartowaliśmy z czekającej na nas ekipy i ruszyliśmy w drogę powrotną

Później Julia udzielała wywiadu do niemieckiej telewizji, wyluzowana, jakby kamery i mikrofonu w ogóle nie było. Bawiła się świetnie i ja też, oglądając to wszystko zza pleców kamerzysty. 

Droga powrotna była o wiele szybsza, a nasz przewodnik powiedział, że kiedyś, jak biegł przez jaskinię, dostał się z jej samego końca, aż na powierzchnię, w nieco ponad 6 minut. Kiedy my się tam dostaliśmy, było już ciemno, we wnętrzu spędziliśmy niemal 5 godzin. Na do widzenia Niemcy wzięli od Julii nasz adres i zapowiedzieli, że wyślą kopię programu oraz prezent dla niej. Zapraszali nas jeszcze do ich hotelu na piwo, ale byliśmy zmarnowani, brudni i mokrzy, a Julka musiała jeszcze przećwiczyć spelling przed sprawdzianem, więc grzecznie podziękowaliśmy i wróciliśmy do domu.

1 komentarz:

  1. I continuously continue coming to your website once more simply in case you have posted new contents Maya smartphone

    OdpowiedzUsuń